Niepokojące doniesienia ws. cen paliw. Skandynawia z poważnymi problemami, mówią o proteście
Skandynawski raj dla zmotoryzowanych zamienia się w finansowy koszmar, a oburzenie kierowców powoli sięga zenitu. Wysokie koszty na pylonach przestały być jedynie dolegliwością, a stały się realną barierą w codziennym funkcjonowaniu. Zamiast spokoju na drogach rośnie presja na rząd w Helsinkach, od którego obywatele domagają się natychmiastowej tarczy.
Kiedy za litr oleju napędowego trzeba płacić kwoty, które w innych zakątkach kontynentu wywołałyby natychmiastowe protesty, cierpliwość społeczna po prostu się wyczerpuje. W rosnącym w całej Europie kryzysie na rynku paliwowym państwa podchodzą do problemu w całkowicie odmienny sposób.
Szwecja pokazała drogę, a Niemcy i Polska szykują własne tarcze
Podczas gdy w wielu krajach Unii Europejskiej cena za litr diesla dawno przekroczyła psychologiczne granice - sięgając ponad 10 zł we Francji, Belgii, Szwajcarii czy Niemczech oraz przebijając 11 zł w Holandii i Danii - niektóre rządy decydują się na zdecydowane ruchy.
Doskonałym przykładem jest tu Szwecja. Tamtejsza władza zdecydowała się na bezpośrednią interwencję i obniżenie podatków nakładanych na paliwa.
Efekt był natychmiastowy i widoczny dla każdego kierowcy podjeżdżającego pod dystrybutor. Ceny litra paliwa u szwedzkich sąsiadów spadły o około 60-80 centów w porównaniu do obecnych stawek w Finlandii, co dobitnie pokazuje, że państwo dysponuje orężem w walce z drożyzną. Jak na tym tle wyglądają plany innych europejskich potęg?

Berlin podjął już konkretne decyzje systemowe. W Niemczech od 1 października 2026 roku ma wejść w życie specjalna ulga paliwowa polegająca na obniżce podatku energetycznego. W połączeniu z podatkiem VAT ma to dać kierowcom ulgę rzędu 17 centów (około 0,75 zł) na każdym litrze benzyny i oleju napędowego. Koszt tego programu dla niemieckiego budżetu oszacowano na potężną kwotę 2,5 mld euro.
Co ciekawe, na 2027 rok Niemcy planują jeszcze odważniejszy krok - rozpoczęcie rozmów z koncernami w sprawie czasowego limitu cen wzorem Belgii i Luksemburga. Z kolei w Polsce nad przeciwdziałaniem drożyźnie trwają intensywne prace na dwóch frontach legislacyjnych.
Z jednej strony Sejm ponownie uchwalił ustawę o podatku od nadzwyczajnych zysków firm paliwowych (ze stawką 60 proc. dla producentów i 50 proc. dla sprzedawców), która ma sfinansować kolejną edycję programu Ceny Paliwa Niżej aż do końca pierwszego kwartału 2027 roku.
Z drugiej strony funkcjonuje prezydencki projekt ustawy ograniczający marże, zwalniający sprzedaż z VAT oraz dający możliwość elastycznego ścinania akcyzy, co według wyliczeń mogłoby obniżyć cenę paliwa na stacjach o 1,70-2,60 zł na litrze.
Dlaczego zatem fińskie władze pozostają głuche na apel własnych obywateli i branży transportowej?
Mieszkańców Helsinek nie stać na codzienne dojazdy do pracy
Rząd Petteriego Orpo konsekwentnie odbija piłeczkę, wskazując na zewnętrzne przyczyny rynkowej gwałtowności. W oficjalnej narracji gabinetu w Helsinkach pierwsze skrzypce gra geopolityka: działania zbrojne na Bliskim Wschodzie angażujące USA, Izrael oraz Iran, a także całkowite zamknięcie rosyjskiego rynku ropy naftowej, co zmieniło logistykę dostaw w całym regionie bałtyckim.
Jednak kluczowy powód bierności leży gdzie indziej - w finansach publicznych. Minister finansów Riikka Purra stawia sprawę jasno i podkreśla, że państwa w tym momencie po prostu nie stać na jakiekolwiek rezygnacje z dochodów podatkowych.

Finlandia została bowiem w tym roku objęta przez Komisję Europejską procedurą nadmiernego deficytu, czyli mechanizmu nadzoru stosowanego wobec państw członkowskich, których deficyt budżetowy przekracza 3 proc. PKB.
Szefowa resortu finansów już kilka miesięcy wcześniej przekonywała publicznie, że ewentualna interwencja rządu i tak nie przyniosłaby odczuwalnych obniżek dla portfela szarego obywatela.
Politycy opozycyjni oraz lokalne media mocno podważają tę argumentację. Wskazują, że brak reakcji doprowadził do absurdalnej sytuacji, w której tysięcy mieszkańców po prostu nie stać na codzienne dojazdy własnym samochodem do pracy. Sytuacja stała się najtrudniejsza właśnie teraz, na początku jesieni.
Zobacz też: Nowe doniesienia ws. cen paliw w Polsce. Minister zabrał głos
Mieszkańcy Helsinek chcą protestować
Z danych publikowanych pod koniec września wynika jednoznacznie: Finlandia stała się niechlubnym liderem całej Unii Europejskiej pod względem cen oleju napędowego. Szczególnie trudna sytuacja panuje na północy kraju, gdzie z powodu dodatkowych kosztów logistycznych litr diesla osiągnął absolutnie rekordowy poziom 2,90 euro, co po przeliczeniu daje niewyobrażalną kwotę około 12,60 zł za litr.
W stolicy kraju, Helsinkach, sytuacja wcale nie wygląda znacznie lepiej - tam za litr ON trzeba zapłacić średnio 2,50 euro, czyli niespełna 10,90 zł. Powszechne niezadowolenie w mediach społecznościowych przekształciło się w zorganizowaną inicjatywę obywatelską.
Zmotoryzowani zareagowali skrzyknięciem się na wielką akcję protestacyjną zaplanowaną na początek października pod jednoznacznym hasłem „Nie tankuj”. Masowy bojkot stacji paliw ma być czytelnym sygnałem ostrzegawczym i ma ostatecznie zmusić rządzących do porzucenia bierności oraz wypracowania rozwiązań na wzór sąsiadów.
Jeśli ogólnokrajowy protest odniesie skutek, Helsinki będą musiały poszukać kompromisu między dyscypliną budżetową wymaganą przez Unię Europejską a ratowaniem płynności finansowej własnych gospodarstw domowych.