Kolejne alarmy bombowe na pokładzie samolotów. Awaryjne lądowanie, drugi incydent w Polsce, jest komunikat
Niepokojące sygnały docierające jednocześnie z kilku europejskich portów lotniczych postawiły na równe nogi służby bezpieczeństwa oraz linie lotnicze. Wzmożona czujność i błyskawiczne reakcje personelu pokładowego pokazują, jak kruchy bywa spokój w transporcie powietrznym. Pasażerowie coraz częściej zderzają się z nagłymi zmianami tras i wielogodzinnymi opóźnieniami.
Procedury antyterrorystyczne w lotnictwie cywilnym nie pozostawiają miejsca na domysły ani wahanie. Gdy załoga otrzymuje komunikat o potencjalnym ładunku wybuchowym, natychmiast uruchamiane są rygorystyczne protokoły bezpieczeństwa. Dla pilotów oznacza to najczęściej natychmiastowe lądowanie na najbliższym wyznaczonym lotnisku awaryjnym.
Seria alarmów bombowych w samolotach
Dla państwowych sił powietrznych alarm bombowy to sygnał do natychmiastowego poderwania maszyn bojowych w trybie natychmiastowej gotowości. Każda taka interwencja generuje gigantyczne koszty operacyjne, które ostatecznie obciążają linie lotnicze oraz budżety państwowe.
Godzina lotu nowoczesnego myśliwca bojowego potrafi kosztować od kilkudziesięciu do nawet ponad stu tysięcy złotych. Do tego dochodzą opłaty za postój na płycie, obsługę oraz koszty opieki nad pasażerami, których podróż została gwałtownie przerwana.
Przewoźnicy muszą także liczyć się z efektami domina. Samolot wyłączony z regularnej siatki połączeń na czas drobiazgowej kontroli minersko-pirotechnicznej nie wykona kolejnych zaplanowanych rejsów. To oznacza lawinowo rosnące opóźnienia w innych portach przesiadkowych, konieczność wypłaty rekompensat oraz logistyczny chaos.

Czy cyberterroryści lub żartownisie znaleźli prosty sposób na paraliżowanie infrastruktury krytycznej bez użycia grama materiału wybuchowego? Anonimowe zgłoszenia wysyłane drogą elektroniczną potrafią zablokować kluczowe węzły komunikacyjne na wiele godzin.
Władze lotnicze doskonale wiedzą, że nie mogą zignorować ani jednego takiego sygnału, nawet jeśli prawdopodobieństwo realnego zagrożenia wydaje się znikome. Bezpieczeństwo pasażerów pozostaje bezwzględnym priorytetem, lecz cena za utrzymanie tych standardów staje się coraz wyższa dla całej branży.
Incydenty na europejskich lotniskach
W ciągu zaledwie kilkudziesięciu godzin na starym kontynencie rozegrał się scenariusz, który dobitnie unaocznił skalę tego problemu. Seria alarmów bombowych w samolotach dotknęła jednocześnie kilka państw, wymuszając interwencję jednostek specjalnych oraz zamykanie pasów startowych.
W Bułgarii maszyna wykonująca rejs z Izraela została zmuszona do awaryjnego przyziemienia w Sofii.
Maszyna jest obecnie sprawdzana przez jednostkę antyterrorystyczną - poinformował p.o. głównego sekretarza bułgarskiego MSW Bułgarii Lubomir Nikołow.
Bułgarskie służby podkreśliły, że każda informacja traktowana jest z pełną powagą, choć dotychczasowe analizy nie wykazały bezpośredniego zagrożenia terrorystycznego.
Nikołow zaznaczył również, że tropy w sprawach dotyczących fałszywych gróźb regularnie prowadzą do zagranicznych adresów IP, co znacząco utrudnia szybkie ujęcie sprawców i wskazuje na celowe działania dezinformacyjne.
Z kolei na rzymskim lotnisku Fiumicino lądowały awaryjnie w asyście wojskowych myśliwców dwa samoloty pasażerskie linii Ryanair lecące z Portugalii oraz Irlandii. Na płycie czekali już saperzy oraz wyspecjalizowane zespoły pirotechniczne.
Choć szczegółowa kontrola pasażerów, ich bagaży podręcznych i rejestrowanych oraz wnętrz obu maszyn wykluczyła obecność materiałów niebezpiecznych, operacje rzymskiego portu zostały poważnie zaburzone. Wcześniej do podobnego zdarzenia doszło na Węgrzech, gdzie samolot linii Wizz Air lecący z Londynu do Sofii musiał lądować w Budapeszcie.
Maszynę eskortował węgierski myśliwiec Gripen. Węgierski minister obrony Romulusz Ruszin-Szendi skomentował to krótko, wskazując, że stała gotowość bojowa to w takich sytuacjach wyraz najwyższej odpowiedzialności za życie obywateli. Fala niebezpiecznych incydentów uderzyła bezpośrednio również w polską przestrzeń powietrzną, wywołując paraliż na dwóch kluczowych mazowieckich lotniskach.
Zobacz też: Alarm bombowy na pokładzie samolotu. Lotnisko pod Warszawą zamknięte
Alarmy bombowe na polskich lotniskach mogły być powiązane
Tylko jednego dnia odnotowano aż pięć tego rodzaju zdarzeń w Europie, z czego dwa miały miejsce bezpośrednio w naszym kraju.
Pierwszy incydent dotyczył samolotu Boeing 737 MAX lecącego z Londynu, który został nieoczekiwanie skierowany na podwarszawskie lotnisko w Modlinie. Port czasowo wstrzymał wszelkie operacje lotnicze, a do akcji wkroczyli pirotechnicy Straży Granicznej.
Prezes lotniska w Modlinie Jacek Kowalski potwierdził, że funkcjonariusze drobiazgowo przeszukali zarówno kabinę pasażerską, jak i cały luk bagażowy, upewniając się, że na pokładzie nie ma żadnego ładunku. Dopiero po zakończeniu tych czynności podjęto decyzję o wznowieniu startów i lądowań.
Niemal w tym samym czasie nerwowe chwile przeżywali pasażerowie rejsu linii SAS zmierzającego z Kopenhagi do Warszawy. Po wylądowaniu maszyny na Lotnisku Chopina natychmiast wdrożono procedury kryzysowe, co potwierdził p.o. rzecznika prasowego portu Piotr Rudzki.
Ze względów bezpieczeństwa zamknięto jeden z pasów startowych, a jednostki ratownicze zabezpieczały teren do wczesnych godzin popołudniowych. Wszystkie alarmy okazały się fałszywe, lecz bilans strat jest bezdyskusyjny.
Mowa tu o tysiącach zdezorientowanych podróżnych, zerwanych połączeniach i gigantycznych kosztach logistycznych. Zjawisko to przestaje być wyłącznie chuligańskim wybrykiem, a staje się elementem wojny hybrydowej mającej siać panikę.
Dopóki międzynarodowe służby nie wypracują skutecznych narzędzi namierzania autorów cyfrowych gróźb, pasażerowie muszą liczyć się z tym, że seria alarmów bombowych w samolotach może jeszcze nie raz wymusić lądowanie w asyście myśliwców.