Wiceprezydent Warszawy zabrała głos: "Jestem zbulwersowana". Zażądali 330 zł za godzinę
Krajowa medycyna pochłania rekordowe nakłady, a pacjenci nadal czekają w gigantycznych kolejkach. Zjawisko to maskuje duże transfery kapitałowe płynące z państwowej kasy do relatywnie wąskiej grupy wyspecjalizowanych kadr. Medialny rozgłos zyskała sprawa warszawskiego radnego Koalicji Obywatelskiej. Sytuację skomentowała wiceprezydentka Warszawy.
Rekordowe budżety i strukturalna niewydolność
Medycyna w Polsce to potężny mechanizm gospodarczy, który od lat boryka się z systemową niewydolnością i chronicznym niedofinansowaniem pewnych obszarów przy jednoczesnym marnowaniu środków w innych segmentach. Z jednej strony mamy błyskawicznie starzejące się społeczeństwo i skokowo rosnący popyt na usługi lecznicze, a z drugiej strukturalne problemy z odpowiednią alokacją kapitału. Publiczne pieniądze płyną bardzo szerokim strumieniem, a planowany budżet Narodowego Funduszu Zdrowia na same świadczenia bije historyczne rekordy, oscylując wokół 200 miliardów złotych rocznie.

Pomimo tak gigantycznych nakładów z kieszeni podatników i rosnącej składki zdrowotnej system pozostaje skrajnie nieefektywny. Co więcej, sektor prywatny dokłada do tego kolejne dziesiątki miliardów złotych z kieszeni pacjentów ratujących się wizytami komercyjnymi. Gdzie zatem podziewają się te astronomiczne środki? Odpowiedzi należy szukać bezpośrednio w strukturze kosztów operacyjnych placówek medycznych. Głównym pochłaniaczem budżetów wcale nie jest ultranowoczesny sprzęt diagnostyczny, inwestycje budowlane czy innowacyjne, drogie terapie lekowe.
Lwia część państwowych środków, w niektórych szpitalach powiatowych dochodząca nawet do 70-80 procent całkowitych wydatków, przeznaczana jest bezpośrednio na stałe wynagrodzenia personelu. To właśnie wykwalifikowani lekarze stanowią najwęższe gardło tego ekosystemu, co pozwala im dyktować niezwykle twarde warunki finansowe dyrektorom placówek. Mamy tu do czynienia z klasycznym, wręcz podręcznikowym rynkiem pracownika, gdzie przewaga negocjacyjna leży całkowicie po stronie specjalistów. Prowadzi to do patologicznej sytuacji, w której chronicznie zadłużone szpitale muszą konkurować o kadry nie prestiżem, zapleczem naukowym czy jakością wyposażenia, lecz wyłącznie wysokością oferowanych stawek bazowych, co nieustannie napędza spiralę inflacyjną wewnątrz ochrony zdrowia.
Deficyt specjalistów i potęga kontraktów B2B
Polska od lat plasuje się w ogonie Unii Europejskiej pod względem wskaźnika liczby medyków przypadających na tysiąc mieszkańców, osiągając wynik na poziomie około 3,4, podczas gdy unijna średnia regularnie przekracza barierę 4,0. Rejestry Naczelnej Izby Lekarskiej wskazują, że prawo wykonywania zawodu posiada u nas nieco ponad 160 tysięcy osób, z których wielu praktykujących medyków zbliża się do wieku emerytalnego lub dawno go przekroczyło. Tak niska podaż specjalistów w rynkowym zderzeniu z rosnącym popytem na leczenie generuje gigantyczną presję płacową, z którą państwowy system sobie po prostu nie radzi.
Jak jednak w praktyce budowane są wynagrodzenia w tym specyficznym sektorze usług? Standardowy etat szpitalny oparty na umowie o pracę to obecnie rzadkość i rozwiązanie wysoce niepożądane wśród najbardziej poszukiwanych specjalistów, takich jak chirurdzy, pediatrzy, anestezjolodzy czy psychiatrzy. Umowa o pracę nakłada bowiem sztywne ramy kodeksowe dotyczące minimalnego czasu odpoczynku, urlopów i maksymalnego wymiaru godzin nadliczbowych. Prawdziwe pieniądze pojawiają się dopiero w momencie przejścia na elastyczne umowy cywilnoprawne.

Popularny kontrakt, czyli de facto jednoosobowa działalność gospodarcza w formule B2B, to instrument, który całkowicie zdejmuje z medyka odgórne ograniczenia wymiaru czasu pracy. Lekarze na kontraktach mogą legalnie dyżurować po kilkaset godzin miesięcznie w kilku różnych placówkach, wystawiając na koniec okresu rozliczeniowego faktury na bajońskie sumy. Zjawisko to widać najmocniej na szpitalnych oddziałach ratunkowych, gdzie braki kadrowe są najbardziej dramatyczne i bezpośrednio zagrażają ciągłości przyjmowania pacjentów. Stawka godzinowa za dyżur staje się wówczas przedmiotem ostrej, bezwzględnej licytacji. Zdesperowany szpital musi zapłacić każdą, nawet najbardziej absurdalną cenę za godzinę, aby dopiąć grafik na dany miesiąc. Wizja pustego oddziału zmusza dyrektorów do zadłużania podmiotów leczniczych w komercyjnych bankach i instytucjach pozabankowych, podczas gdy całkowite zadłużenie polskich szpitali sięga już pułapu 26 miliardów złotych.
Milionowe zarobki lekarza rezydenta. Wiceprezydentka Warszawy zabiera głos
Sprawa Dawida Kacprzyka, lekarza w trakcie specjalizacji z anestezjologii i jednocześnie radnego warszawskiej dzielnicy Ursus, wywołała polityczne i samorządowe konsekwencje. Po ujawnieniu, że medyk miał w ciągu roku zarobić około 1,6 mln zł, przestał być członkiem Koalicji Obywatelskiej, a warszawski ratusz uruchomił kontrolę w Szpitalu Południowym. Prezydent stolicy Rafał Trzaskowski zapowiedział również audyt SOR-ów we wszystkich miejskich placówkach.
Kontrowersje dotyczą nie tylko samej kwoty, lecz także mechanizmu wynagradzania lekarzy pracujących poza standardowym trybem rezydenckim. W przypadku rezydentów pensja jest ustalana centralnie i finansowana przez Ministerstwo Zdrowia. Lekarze odbywający specjalizację w trybie pozarezydenckim są natomiast zatrudniani przez szpitale na warunkach rynkowych. Jak wskazywał przewodniczący Porozumienia Rezydentów Sebastian Goncerz, przypadek Kacprzyka nie odzwierciedla sytuacji większości młodych lekarzy w Polsce. Według niego zadziałało tu połączenie wyjątkowo korzystnej stawki i bardzo dużej liczby przepracowanych godzin.
Ostre stanowisko w tej sprawie zajęła wiceprezydent Warszawy Renata Kaznowska. W rozmowie z portalem Rynek Zdrowia określiła stawki rzędu 250-330 zł za godzinę oraz roczne wynagrodzenie na poziomie 1,6 mln zł jako skandaliczne. Jej zdaniem w części specjalizacji coraz częściej dochodzi do sytuacji, w których lekarze wykorzystują braki kadrowe szpitali do wymuszania kolejnych podwyżek. Kaznowska opisała przypadki, w których grupy medyków miały stawiać dyrekcjom placówek ultimatum: albo zgoda na znacząco wyższe stawki, albo odejście od dyżurów. W jednym ze szpitali lekarze, zarabiający już 270 zł za godzinę, mieli domagać się podniesienia stawki do 330 zł. Według wiceprezydentki takie działania mogą doprowadzać do paraliżu oddziałów, bo brak obsady dyżurowej oznacza ryzyko niespełnienia wymogów NFZ.
Sprawa zyskała również wymiar ogólnokrajowy. Premier Donald Tusk, komentując informacje o zarobkach lekarza bez specjalizacji, uznał je za niepokojące i wskazał na problem braku przejrzystych danych o wynagrodzeniach w systemie ochrony zdrowia. Rząd przyjął projekt przepisów, które mają umożliwić zbieranie informacji o zarobkach medyków w powiązaniu z numerem PESEL. Według premiera ma to pomóc nie tylko w kontroli wydatków, lecz także w rzetelniejszej wycenie procedur medycznych.