Tak oszukują nas na pieczywie. Producenci robią klientów w konia, a ty jeszcze za to płacisz
Statystyczny Polak wciąż spożywa rocznie kilkadziesiąt kilogramów chleba, choć konsumpcja pieczywa systematycznie maleje. Poranny zakup bułek pozostaje jednak powszechną praktyką. Coraz częściej oferowane produkty jedynie imitują tradycyjny wypiek, a sposób ich prezentacji może wprowadzać w błąd. Warto pamiętać, na co należy zwracać uwagę.
- Tam Polacy kupują pieczywo
- Tak sklepy wprowadzają konsumentów w błąd
- IJHARS podkreśla, o czym muszą informować sklepy
Tam Polacy kupują pieczywo
Jeszcze dwie dekady temu rynek pieczywa w Polsce był zdominowany przez małe, lokalne piekarnie rzemieślnicze, gdzie proces powstawania bochenka trwał kilkanaście godzin, a zapach zakwasu był naturalnym elementem krajobrazu osiedla. Dziś struktura ta uległa diametralnej zmianie, a ciężar sprzedaży przeniósł się do wielkopowierzchniowych sieci handlowych i dyskontów. To właśnie tam najczęściej zaopatrujemy się w pieczywo, kuszeni wygodą i, pozornie, niższą ceną.
Supermarkety do perfekcji opanowały technologię "odpieku”, która stała się standardem w branży, choć wielu klientów wciąż nie zdaje sobie sprawy z tego, co ten termin oznacza w praktyce.

Pieczywo "prosto z pieca” w popularnym dyskoncie to zazwyczaj produkt, który powstał w ogromnej fabryce, często oddalonej o setki kilometrów, a następnie został poddany procesowi głębokiego mrożenia. W takiej hibernacji bułki i chleby mogą przetrwać wiele miesięcy, zanim trafią do sklepowego pieca, gdzie są jedynie dopiekane na oczach klienta. Choć samo mrożenie nie jest procesem szkodliwym, to technologiczne wymogi takiej produkcji wymuszają stosowanie całej gamy polepszaczy, emulgatorów i stabilizatorów, które mają zapewnić, że rozmrożone ciasto zachowa odpowiednią strukturę i chrupkość. W efekcie otrzymujemy produkt wysokoprzetworzony, który z tradycyjnym piekarstwem ma niewiele wspólnego, a jego świeżość jest parametrem sztucznie podtrzymywanym.
Trend ten jest o tyle niebezpieczny, że zaciera granice jakościowe. Konsument widzi gorący bochenek i podświadomie łączy go z rzemieślniczą jakością, podczas gdy w rzeczywistości kupuje produkt masowy o zubożonej wartości odżywczej. Co więcej, małe piekarnie, nie mogąc konkurować cenowo z przemysłowymi gigantami, znikają z mapy Polski w zastraszającym tempie. Zjawisko to prowadzi do monopolizacji rynku przez dostawców mrożonego ciasta, co w dłuższej perspektywie ogranicza nam wybór i uzależnia od wąskiej grupy producentów.
Tak sklepy wprowadzają konsumentów w błąd
Kolejnym obszarem, w którym klienci często są wprowadzani w błąd, czasem celowo, a czasem poprzez niedopowiedzenia, jest skład i rodzaj pieczywa. Najbardziej jaskrawym przykładem jest tutaj pieczywo “ciemne”. W powszechnej świadomości utarło się przekonanie, że ciemny chleb jest zdrowszy, bogatszy w błonnik i minerały. Producenci doskonale o tym wiedzą i bez skrupułów wykorzystują ten fakt, barwiąc zwykłe pieczywo pszenne karmelem lub słodem jęczmiennym. W ten sposób biała bułka zyskuje szlachetny, brązowy kolor, imitując zdrowy produkt pełnoziarnisty, podczas gdy jej indeks glikemiczny i wartość odżywcza pozostają na poziomie najtańszego chleba tostowego.

Prawdziwym wyzwaniem jest również weryfikacja tego, co kryje się pod hasłem "chleb na zakwasie”. Tradycyjny zakwas wymaga czasu i cierpliwości, co w warunkach przemysłowych generuje koszty. Dlatego na półkach lądują chleby, w których zakwas jest jedynie dodatkiem smakowym w postaci proszku (często kwasu mlekowego lub octowego), a za wyrastanie ciasta odpowiadają drożdże piekarskie w dużych ilościach. Taki produkt nie posiada prozdrowotnych właściwości fermentowanego ciasta, jest trudniejszy do strawienia i szybciej czerstwieje.
Ceny pieczywa w Polsce są obecnie niezwykle zróżnicowane, co dodatkowo dezorientuje konsumentów. Za kajzerkę w markecie zapłacimy 30-40 groszy, podczas gdy rzemieślnicza bułka w autorskiej piekarni może kosztować nawet 3 złote. Rozpiętość cenowa chlebów jest jeszcze większa, od 3 do nawet 25 złotych za bochenek. Ta dysproporcja nie bierze się znikąd; wynika z kosztów surowca, czasu pracy i energii.
Niestety, w pogoni za oszczędnościami, wielu klientów wybiera produkty najtańsze, nieświadomie godząc się na "dmuchane” pieczywo, którego objętość jest wynikiem działania spulchniaczy, a nie sztuki piekarskiej. Warto pamiętać, że chleb o wadze 500 gramów, który po ściśnięciu mieści się w garści, to zazwyczaj efekt zaawansowanej inżynierii spożywczej, a nie natury.
IJHARS podkreśla, o czym muszą informować sklepy
Kupując pieczywo sprzedawane luzem, konsument nie powinien być zdana wyłącznie na nazwę czy wygląd produktu. Jak przypomina Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych (IJHARS), chleb, bułki czy rogale bez opakowania muszą być czytelnie oznakowane w miejscu sprzedaży, na wywieszce, przy ladzie lub w katalogu produktów. Informacje te powinny być dostępne samodzielnie, bez konieczności pytania obsługi; odsyłanie wyłącznie do kodu QR nie spełnia wymogów prawa.
W opisie pieczywa obowiązkowo muszą znaleźć się: pełna nazwa produktu, wykaz składników oraz, jeśli ma to zastosowanie, informacja o sposobie produkcji, np. o użyciu ciasta mrożonego lub technologii odroczonego wypieku. Nazwa nie może być wyłącznie fantazyjna czy marketingowa. Określenia typu “chleb wiejski”, ”chleb babuni” czy “chleb szefa” są niewystarczające, jeśli nie wskazują jasno, z jakich mąk i dodatków produkt został wytworzony. Prawidłowa nazwa powinna oddawać rzeczywisty charakter pieczywa, np. ”chleb pszenno-żytni ze słonecznikiem”.
IJHARS zwraca też uwagę na precyzyjne używanie określeń takich jak “razowy”, ”graham” czy "orkiszowy”. Mogą one pojawić się w nazwie tylko wtedy, gdy dany rodzaj mąki rzeczywiście dominuje w składzie. Sam wykaz składników musi być kompletny, podany w malejącej kolejności, bez skrótów i uproszczeń. Substancje dodatkowe należy wskazywać jednoznacznie (nazwą lub numerem E), a alergeny wyraźnie wyróżnić. Dotyczy to również zakwasu, który jako składnik złożony powinien być rozpisany na poszczególne elementy. Dzięki temu konsument może realnie ocenić, co trafia do jego koszyka, a nie tylko zaufać atrakcyjnej nazwie.