Puste składy i długie kolejki. Niesłychane, co dzieje się z cenami pelletu, Polacy załamują ręce
Sytuacja na rynku opału w samym środku sezonu grzewczego zaczyna przypominać kryzysowe scenariusze, których wielu Polaków obawiało się po doświadczeniach z ubiegłych lat. Choć ekologiczne paliwa stałe miały być stabilną i nowoczesną alternatywą dla węgla, rzeczywistość brutalnie weryfikuje te założenia, stawiając konsumentów przed widmem pustych składów i drastycznych podwyżek cen.
- Pogoda paraliżuje nie tylko ruch na drogach - przekłada się również na ceny pelletu
- Horrendalne ceny pelletu
- Ministerstwo Energii interweniuje ws. braku pelletu
Pogoda paraliżuje nie tylko ruch na drogach - przekłada się również na ceny pelletu
Wybór pelletu, czyli ekologicznego paliwa stałego w formie niewielkiego granulatu wytwarzanego ze sprasowanych pod wysokim ciśnieniem odpadów drzewnych, takich jak trociny, wióry czy zrębki, był dla wielu gospodarstw domowych krokiem w stronę nowoczesności.
Obecnie jednak ta inwestycja staje się źródłem sporego stresu. Problemy z dostępnością towaru stały się widoczne nie tylko w lokalnych składach, ale przede wszystkim w największych sieciach handlowych. Markety budowlane, takie jak Castorama, OBI czy Leroy Merlin, które zazwyczaj dysponowały ogromnymi zapasami workowanego opału, dziś często świecą pustkami lub wprowadzają restrykcyjne limity sprzedaży.

Sprzedawcy w rozmowach z mediami nie kryją desperacji – przyznają, że każda nowa dostawa znika w mgnieniu oka, a czas oczekiwania na realizację zamówienia wydłużył się do trzech tygodni. W wielu punktach wprowadzono reglamentację, pozwalającą jednemu klientowi na zakup maksymalnie 15 worków, co przy mroźnej aurze starcza zaledwie na kilka dni ogrzewania.
Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka, a kluczową okazuje się paradoksalnie sama pogoda. Jak tłumaczy w rozmowie z WP Ireneusz Styczewski z firmy Eko Pellet, branża boryka się z krytycznym brakiem surowca. Zamarznięte drewno drastycznie utrudnia pracę tartaków, co bezpośrednio przekłada się na brak trocin niezbędnych do produkcji granulatu.
Niskie temperatury uderzają też w infrastrukturę techniczną: maszyny do pakowania odmawiają posłuszeństwa, a piły tnące surowiec łamią się i tępią znacznie szybciej niż w normalnych warunkach.

W efekcie wielu producentów zostało zmuszonych do wstrzymania linii produkcyjnych, co przy jednoczesnym skoku zapotrzebowania wywołanym falą mrozów, stworzyło lukę rynkową niemożliwą do zasypania z dnia na dzień. Co gorsza, zamówienia składane obecnie w niektórych zakładach mają szansę na realizację dopiero w marcu lub kwietniu, czyli w momencie, gdy sezon grzewczy będzie dobiegał końca.
Horrendalne ceny pelletu
Zmniejszona podaż w połączeniu z gwałtownym wzrostem popytu musiała zaowocować ruchem cen w górę, jednak skala tych podwyżek zaskoczyła nawet rynkowych analityków. Według danych serwisu AgroNews, w drugiej połowie stycznia ceny pelletu luzem kształtowały się w granicach od 1300 do ponad 2100 zł za tonę. To o kilkaset złotych więcej niż na samym starcie sezonu, kiedy rynek wydawał się relatywnie nasycony.
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w przypadku pelletu workowanego, który jest najczęściej wybierany przez właścicieli domów jednorodzinnych. Tutaj stawki rzadko spadają poniżej 1400 zł, a w dużych aglomeracjach i sklepach wielkopowierzchniowych ceny potrafią windować do poziomu nawet 2500 zł za tonę. Taki rozstrzał cenowy sprawia, że ogrzewanie domu pelletem, promowane jako rozwiązanie ekonomiczne, zaczyna generować koszty porównywalne z najbardziej kosztownymi źródłami energii.

Analizując mapę Polski, można zauważyć interesujące zjawisko dyferencjacji regionalnej, które przypomina swoistą loterię. Najlepsza sytuacja panuje w południowo-wschodniej oraz północno-wschodniej części kraju. Wynika to z faktu, że regiony te charakteryzują się dużym zagęszczeniem tartaków i zakładów przetwórstwa drzewnego, co skraca łańcuchy dostaw i zapewnia lepszy dostęp do świeżych trocin. W tych częściach Polski ceny opału są zbliżone do stawek jesiennych, a puste półki nie są tak dotkliwym problemem, jak w centralnej czy zachodniej Polsce.
W pozostałych województwach dostępność opału bywa mocno ograniczona, co zmusza mieszkańców do poszukiwania towaru u dostawców oddalonych o setki kilometrów, co z kolei generuje dodatkowe, niemałe koszty transportu. Polska, będąca jednym z największych producentów pelletu w Europie z rocznym wynikiem na poziomie 2,2 mln ton, staje przed wyzwaniem sprawnej dystrybucji własnych zasobów w obliczu paraliżu logistycznego.
Zobacz też: Niemal całą Polskę czeka paraliż, rozesłano alerty. Tak źle nie było dawno
Ministerstwo Energii interweniuje ws. braku pelletu
Skala problemu i rosnące niezadowolenie społeczne sprawiły, że kwestia cen opału trafiła na agendę polityczną. Sytuacją zainteresowało się Ministerstwo Energii, a głos w tej sprawie zabrał minister Miłosz Motyka. Podczas wystąpienia w Sejmie zadeklarował on, że resort uważnie monitoruje rynek i nie wyklucza w przyszłości podjęcia działań interwencyjnych.
Państwo mogłoby zdecydować się na kroki zmierzające do zwiększenia ilości produktu na rynku, jednak minister wyraźnie zaznaczył, że musiałoby dojść do „poważnych zaburzeń”, aby uruchomiono mechanizmy nadzwyczajne. Obecnie sytuacja jest analizowana pod kątem ewentualnych praktyk monopolistycznych lub spekulacyjnych, co leży w gestii Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Ewentualna interwencja miałaby być realizowana we współpracy z Rządową Agencją Rezerw Strategicznych, co sugeruje, że państwo rozważa wykorzystanie zapasów do stabilizacji podaży. Minister Motyka studził jednak emocje zwolenników sztywnego zamrożenia stawek, podkreślając stanowczo, że rząd nie planuje reglamentacji cen pelletu. Oznacza to, że konsumenci muszą przygotować się na dalszą grę rynkową, w której ostateczny rachunek za ciepło zależeć będzie od kaprysów pogody i kondycji branży drzewnej.
Jeśli mrozy utrzymają się dłużej, a UOKiK nie dopatrzy się ewidentnych manipulacji, interwencja może ograniczyć się jedynie do wsparcia logistycznego, pozostawiając mechanizm cenowy wolnemu rynkowi. Polakom pozostaje zatem liczyć na szybką odwilż lub liczyć się z koniecznością głębszego sięgnięcia do portfeli, by zapewnić sobie podstawowy komfort cieplny do końca zimy.