Coś niepokojącego dzieje się na sklepowych półkach. Polacy mają problem
Choć oficjalne komunikaty o spadającej inflacji mogły napawać optymizmem, codzienne wizyty przy sklepowych półkach brutalnie weryfikują te nadzieje. Raport UCE Research i Uniwersytetów WSB Merito obnaża skalę podwyżek i wyodrębnia podstawowe produkty, których ceny najbardziej poszły w górę.
- Oficjalne słupki spadają, ale rachunki wciąż „gryzą”
- Sklepowa rzeczywistość kontra optymistyczne prognozy
- Twarde dane obnażają smutną prawdę o naszych zakupach
Oficjalne słupki spadają, ale rachunki wciąż „gryzą”
W ostatnim czasie debata publiczna została zdominowana przez doniesienia o hamującym tempie wzrostu cen. Ekonomiści prześcigają się w analizach, wskazując na kolejne punkty procentowe, o które obniża się wskaźnik inflacji, co teoretycznie powinno przynieść ulgę naszym domowym budżetom. Jednak dla przeciętnego klienta, który każdego ranka udaje się po świeże pieczywo, nabiał czy wędliny, te statystyczne sukcesy wydają się być odległą abstrakcją, niemającą niemal żadnego przełożenia na realną zawartość portfela.
Wiele osób ma wrażenie, że pieniądze “wyparowują” z portfela szybciej niż kiedykolwiek, mimo że teoretycznie najgorszy kryzys cenowy mamy już za sobą. To poczucie frustracji nie jest bezpodstawne, ponieważ dynamika zmian w sektorze handlu detalicznego rządzi się swoimi prawami, często mniej łaskawymi dla konsumenta niż ogólne wskaźniki makroekonomiczne.

Sklepowa rzeczywistość kontra optymistyczne prognozy
Przyglądając się bliżej mechanizmom rynkowym, warto zwrócić uwagę na fakt, że handel detaliczny to system naczyń połączonych, gdzie koszty energii, logistyki czy pracy nie znikają z dnia na dzień tylko dlatego, że inflacja wyhamowała. Sprzedawcy i producenci często z opóźnieniem reagują na zmiany rynkowe, a raz podniesione marże rzadko kiedy wracają do poprzednich poziomów bez wyraźnej presji konkurencyjnej. To sprawia, że w wielu kategoriach produktów ceny „zabetonowały się” na wysokim pułapie, a każda kolejna podwyżka, nawet niewielka, jest boleśnie odczuwalna.
Szczególnie istotne jest tu zrozumienie, jak działają mechanizmy psychologiczne i ekonomiczne w punktach sprzedaży. Często mamy do czynienia z tzw. lepkością cen – zjawiskiem, w którym ceny chętnie pną się w górę w odpowiedzi na impulsy kosztowe, ale niezwykle opornie spadają, gdy te same koszty maleją.
Eksperci zauważają, że konsumenci mogą nie odczuwać realnej poprawy sytuacji, ponieważ fundamentalne produkty pierwszej potrzeby wciąż znajdują się na ścieżce wzrostowej, co skutecznie niweluje pozytywny przekaz płynący z danych o ogólnym wyhamowaniu dynamiki cenowej w gospodarce. Najnowsze analizy przygotowane przez UCE Research oraz Uniwersytety WSB Merito rzucają nowe, dość chłodne światło na sytuację rynkową w Polsce.
Twarde dane obnażają smutną prawdę o naszych zakupach
Z raportu wynika jednoznacznie, że w ubiegłym roku codzienne zakupy Polaków zdrożały średnio o 4,2 proc.. Analiza objęła łącznie 17 kategorii produktowych. Co jeszcze bardziej istotne dla naszych żołądków, same ceny żywności poszybowały w górę o 3,6 proc.. To właśnie te liczby, a nie ogólny wskaźnik CPI, najlepiej oddają to, co dzieje się w naszych koszykach zakupowych podczas wizyt w dyskontach czy supermarketach.
W ubiegłym roku najwyższe wzrosty cen odnotowano w przypadku używek (9,7 proc.), produktów tłuszczowych (9,2 proc.), napojów (7,7 proc.), słodyczy i deserów (7,4 proc.) oraz mięsa (6,5 proc.). Największe obniżki dotyczyły natomiast warzyw (-2,6 proc.), produktów sypkich (-0,9 proc.) i dodatków spożywczych (-0,3 proc.).

Najbardziej niepokojącym wnioskiem z badań jest jednak narastający rozdźwięk między oficjalną inflacją a realnym wzrostem cen na półkach. Jak wskazuje dr Artur Fiks z Uniwersytetu WSB Merito, cytowany przez Interię, paradoksalnie w czasie, gdy inflacja znacząco spadała, różnica między jej poziomem a średnim wzrostem cen w sklepach uległa powiększeniu. Oznacza to, że choć „ogólny pożar” gaśnie, to w sektorze handlu detalicznego wciąż tli się ogień, który systematycznie nadwyręża nasze oszczędności. Taka sytuacja powoduje, że przeciętny konsument czuje się coraz bardziej zdezorientowany - z jednej strony słyszy o stabilizacji, z drugiej widzi, że za te same pieniądze kupuje coraz mniej produktów.