„Jesz to na własne ryzyko”. Dietetyk nie zostawia suchej nitki na pączkach z Biedronki za 9 groszy
Pączki „prawie za darmo” wróciły jak bumerang – i w tym roku dyskonty przebiły samą ideę promocji. W Tłusty Czwartek 12 lutego w Biedronce pączek w wielopaku może kosztować 9 groszy przy zakupie większej liczby sztuk.
Dla klientów to okazja, dla rynku – pokaz siły i marketingowy „magnes” na tłumy. Ale prawdziwe pytanie brzmi: co musi się wydarzyć w produkcji i składzie, żeby pączek mógł być aż tak tani?
- Dlaczego dyskontom opłaca się sprzedawać pączki za grosze?
- Co w praktyce oznacza taki „rekord” dla jakości i składu?
- Czy to uderza w małe cukiernie i rynek piekarniczy?
Pączek za 9 groszy to nie prezent. To precyzyjna strategia sprzedaży
Promocje typu „pączek za grosze” to klasyczny mechanizm handlowy: sieć nie musi zarabiać na samym pączku, bo zarabia na całym koszyku. Produkt jest tak tani, że ma jeden cel: ściągnąć ludzi do sklepu i skłonić ich do większych zakupów. W praktyce działa to jak dźwignia – klient wchodzi „po pączki”, a wychodzi z pełnym wózkiem (często z produktami o wyższej marży).
W tym roku skala jest wyjątkowo agresywna: w Biedronce cena 9 groszy pojawia się przy zakupie pełnego kartonu. Lidl też gra progami ilościowymi i limitami na paragon. To nie przypadek – progi zakupowe mają wymusić duży wolumen, który napędza cały dzień sprzedażowy.
Rekordowo tanie pączki są dziś szeroko komentowane w mediach społecznościowych. Internauci publikują zdjęcia etykiet, porównują składy i zastanawiają się, jak to możliwe, że wypiek może kosztować mniej niż reklamówka. Dyskusja szybko przeniosła się z ceny na skład.
Co musi być w tle, żeby pączek kosztował 0,09 zł?
Cena 9 groszy nie mówi, ile „kosztuje” pączek w produkcji – mówi, ile sieć jest gotowa dopłacić do ruchu w sklepie. Żeby jednak ten model w ogóle miał sens, pączki muszą być produkowane masowo, powtarzalnie, logistycznie bezpiecznie. To oznacza technologię: mrożenie, transport, długą trwałość, odporność na uszkodzenia.
I tu dochodzimy do sedna: w masowej produkcji szuka się stabilności, a nie „cukierniczego ideału”. Dlatego rośnie rola tańszych zamienników tłuszczów, mieszanek i dodatków technologicznych, które pomagają zachować strukturę i przewidywalny smak po rozmrożeniu. To nie musi oznaczać „trucizny” – ale oznacza produkt projektowany pod łańcuch dostaw, nie pod domową recepturę.
Ekspert o składzie: „To projekt inżynieryjny, który musi przetrwać mrożenie”
Dietetyczka Marta Uler nie ma wątpliwości:
„Pączek z Biedronki może i wygląda apetycznie, ale z pewnością nie jest to tradycyjny wypiek, tylko skomplikowany projekt inżynieryjny, który musiał przetrwać mrożenie i transport w ciężarówce. To, co widzimy na etykiecie, to ‘tablica Mendelejewa’ w najczystszej postaci.
Zamiast prawdziwego masła mamy tu tani tłuszcz palmowy i całą masę substancji, które mają sprawić, żeby to ciasto w ogóle trzymało się razem i udawało świeże.
W składzie praktycznie nie ma naturalnych produktów – zamiast świeżych jajek i mleka jest proszek, a wszystko to jest ‘sklejone’ chemią, która ma za zadanie oszukać nasze zmysły.
Kiedy jemy takiego pączka, fundujemy trzustce i jelitom prawdziwy szok. Cukier z lukru i biała mąka błyskawicznie podbijają glukozę, a te wszystkie techniczne dodatki mogą sprawić istną rewolucję w brzuchu.”
Na koniec ekspertka podkreśla:
„Tłusty Czwartek jest raz w roku, więc celebruj go z klasą. Zamiast ładować w siebie tanie pączki z marketu, kup jednego, uczciwego pączka z dobrej rzemieślniczej cukierni, która używa prawdziwej mąki, masła i konfitury. Twój żołądek na pewno Ci za to podziękuje. To nadal są słodycze, nadal nie są to w pełni zdrowe rzeczy, ale gdy zachowamy umiar, nasz układ trawienny bez problemu sobie z nimi poradzi.”
Biznesowy efekt uboczny: dyskonty wygrywają zasięgi, a rzemiosło walczy jakością
Takie promocje to nie tylko święto klientów – to sygnał dla rynku. Dyskonty pokazują, że potrafią „ustawić” cenę sezonowego produktu na poziomie, którego małe cukiernie nie są w stanie nawet symulować. Skutek? Część klientów przenosi zakupy na dyskonty, bo cena działa jak emocjonalny wyzwalacz.
Jednocześnie rzemiosło ma swoją przewagę: skład, świeżość, jakość tłuszczu, konfitury, masło, a także doświadczenie „kupuję raz, ale dobrze”. Wojna cenowa robi hałas na jeden dzień, ale długofalowo buduje dwa równoległe rynki: masową produkcję „logistyczną” i premium rzemieślnicze. W Tłusty Czwartek widać to jak na dłoni – a pączek za 5 groszy jest bardziej komunikatem marketingowym niż realną miarą wartości jedzenia.
Źródła: Biznes Info, Lidl Polska, Biedronka, GIS