Polska firma nagle wyrzucona z budowy w Ukrainie. "Miasto Lwów nas oszukało i okradło"
Udział polskich przedsiębiorstw w odbudowie Ukrainy ma być jedną z największych szans biznesowych najbliższych lat. Jak pokazuje jednak historia krakowskiej spółki Control Process, realizacja inwestycji za wschodnią granicą może wiązać się z poważnymi sporami i wielomilionowymi roszczeniami. Do dyskusji włączyli się przedstawiciele władz miasta, polska dyplomacja, a sprawa stała się przedmiotem publicznej wymiany zdań pomiędzy ministrem spraw zagranicznych Polski a merem Lwowa.
Inwestycja miała być symbolem współpracy. Wojna nie zatrzymała polskiej firmy
Inwestycja dotyczy budowy zakładu przetwarzania odpadów we Lwowie. Krakowska spółka Control Process wygrała przetarg finansowany ze środków Unii Europejskiej oraz pożyczki Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Budowa rozpoczęła się w 2021 roku i od początku była przedstawiana jako przykład współpracy polskiego biznesu z Ukrainą przy realizacji ważnego projektu infrastrukturalnego.
Sytuacja diametralnie zmieniła się po rozpoczęciu pełnoskalowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę w lutym 2022 roku. Mimo działań wojennych Control Process zdecydował się kontynuować realizację kontraktu. Jak relacjonował w rozmowie z Wirtualną Polską wiceprezes spółki Tomasz Wiatr, firma nie wycofała się z projektu, choć warunki prowadzenia inwestycji stały się znacznie trudniejsze. Według jego relacji podczas spotkania z merem Lwowa zadeklarował, że przedsiębiorstwo dokończy budowę mimo wojny.
Pojechałem do mera i powiedziałem: nie zostawiamy was, dokończymy ten projekt. Usłyszałem wtedy, że jesteśmy odpowiedzialną firmą i że Lwów bardzo to docenia. Wznowiliśmy budowę i doprowadziliśmy ją niemal do końca. Później płatności przestały jednak wpływać – powiedział Tomasz Wiatr w rozmowie z WP.
Jak wynika z informacji przedstawionych przez spółkę, do zakończenia inwestycji brakowało około dwóch miesięcy prac technologicznych, a stopień zaawansowania budowy miał wynosić około 95 proc. To właśnie na końcowym etapie projektu miała przypadać największa część wynagrodzenia przewidzianego w kontrakcie. W kolejnych miesiącach współpraca pomiędzy wykonawcą a władzami Lwowa przerodziła się jednak w wielowymiarowy spór, który z czasem zaczął wykraczać poza kwestie czysto biznesowe.

Control Process stawia poważne zarzuty. "To powinno być ostrzeżeniem”
W rozmowie z Wirtualną Polską wiceprezes Control Process Tomasz Wiatr przedstawił szereg zarzutów wobec władz Lwowa. Jak twierdzi spółka, mimo wykonania około 95 proc. prac nie otrzymała około 10 mln euro należnego wynagrodzenia. Według przedsiębiorstwa miasto miało również zerwać kontrakt, przejąć gwarancje bankowe zabezpieczone przez polski rząd oraz uniemożliwić przedstawicielom firmy dalszy dostęp do placu budowy. Zdaniem spółki korzystne dla niej orzeczenia arbitrażowe nie zostały wykonane przez stronę ukraińską.
Najmocniejszy przekaz rozmowy z WP dotyczył jednak przyszłości polskich przedsiębiorców planujących działalność na Ukrainie.
To powinno być ostrzeżeniem dla firm, które chcą uczestniczyć w odbudowie Ukrainy. W obecnym systemie prawnym praktycznie nie ma możliwości skutecznego wyegzekwowania należnych pieniędzy – powiedział Tomasz Wiatr dla WP.
Jednocześnie zaznaczył, że sama idea odbudowy Ukrainy pozostaje ważna dla polskich przedsiębiorców, jednak – jego zdaniem – konieczne jest zapewnienie odpowiednich gwarancji ochrony inwestorów. Wiceprezes spółki przekonywał również, że do największych napięć doszło na finiszu inwestycji.
Na tym etapie realizacji kontraktu kumuluje się największa część wynagrodzenia do wypłaty. Moim zdaniem właśnie te pieniądze okazały się zbyt dużą pokusą – ocenił w rozmowie z WP.
Mimo ostrej krytyki działań władz miasta Tomasz Wiatr zadeklarował jednocześnie gotowość do rozmów i apelował do mera Lwowa o znalezienie rozwiązania, które byłoby korzystne zarówno dla miasta, jak i jego mieszkańców.
Spór nabrał politycznego wymiaru. Głos zabrali Radosław Sikorski i mer Lwowa
Konflikt pomiędzy Control Process a władzami Lwowa szybko przestał być wyłącznie sporem gospodarczym. Głos w sprawie zabrał minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, który zwrócił się bezpośrednio do mera Lwowa Andrija Sadowego za pośrednictwem platformy X.
Panie Prezydencie. Sądy arbitrażowe są po to, aby polubownie rozwiązywać spory. Sugeruję uznanie wyroku. Najlepszą formą promocji biznesu w swoim kraju jest rzetelne traktowanie tych, którzy już robią tam biznesy – napisał szef polskiego MSZ.
Na wpis odpowiedział mer Lwowa Andrij Sadowy, który zakwestionował przedstawioną przez polskiego ministra ocenę sytuacji.
Panie Ministrze, znam Pana od lat jako człowieka kompetentnego i trudno mi uwierzyć, że świadomie powiela Pan nieprawdziwe informacje. Rozumiem, że Minister Spraw Zagranicznych nie ma obowiązku znać wszystkich szczegółów sporów gospodarczych z udziałem polskich firm za granicą. Ale osoby, które przygotowały Panu informacje w tej sprawie, oddały Panu bardzo złą przysługę. Nie istnieje żaden "wyrok sądu arbitrażowego”, o którym Pan pisze. Nie zapadło żadne ostateczne orzeczenie arbitrażowe. Jeśli ktoś przekazał Panu inaczej, po prostu wprowadził Pana w błąd – napisał Sadowy.
Pod wpisem mera pojawiła się notka społecznościowa wskazująca, że Control Process wygrał siedem postępowań arbitrażowych z miastem Lwów, w tym końcowy arbitraż w Paryżu. Firma szacuje swoje straty na znaczącym poziomie - bilans projektu pozostaje ujemny i wynosi około 17–18 mln euro. Według spółki na tę kwotę składa się m.in. 10 mln euro należnych, lecz niewypłaconych przez miasto za wykonane prace, 3,6 mln euro utraconych gwarancji należytego wykonania oraz około 1 mln euro za roboty wykonane poza zakresem kontraktu.
Dodatkowo firma wskazuje na 4,9 mln euro kar wraz z odsetkami, które arbitraż DAB działający przy organizacji FIDIC zasądził od miasta Lwów za spowodowanie opóźnień w realizacji inwestycji. Jak twierdzi przedsiębiorstwo, należność ta również nie została uregulowana. Przedstawiciele firmy podkreślają, że skutki finansowe tej sytuacji dotknęły nie tylko samą spółkę, lecz także liczne współpracujące z nią podmioty i pracowników.
To ogromna siatka ludzi i firm, którzy zostali nieopłaceni przez to, że miasto Lwów nas oszukało i okradło - komentuje polska firma.
Równolegle mer Lwowa w rozmowie z Wirtualną Polską utrzymywał, że rozwiązanie kontraktu było konsekwencją opóźnień po stronie wykonawcy.
Oni mieli możliwość naprawienia sytuacji, ale tego nie zrobili. Zapadła decyzja o rozwiązaniu kontraktu. Szkoda, bo to mógł być dobry przykład współpracy z polskim biznesem. Nie chcę już szerzej opowiadać o tej historii – powiedział.
Z kolei przedstawiciele Control Process odrzucają tę argumentację i podtrzymują swoje stanowisko, twierdząc, że kontrakt został zrealizowany niemal w całości, a spór powinien zostać rozstrzygnięty zgodnie z zapisami umowy oraz orzeczeniami arbitrażowymi.