Zarobił 6 mln w ciągu dwóch lat. Lekarz tłumaczy, skąd wzięły się rekordowe wpływy na konto
Polski system ochrony zdrowia od lat mierzy się z brakami kadrowymi, zadłużeniem części placówek i rosnącym zapotrzebowaniem na świadczenia. W takim otoczeniu kształtują się wynagrodzenia medyków, które potrafią znacząco różnić się w zależności od sytuacji. Jeden z medyków w ciągu roku zarobił ponad 4 mln złotych. Rekordowe wpływy na konto tłumaczy nadzwyczajnymi okolicznościami.
Niewydolność systemu i prywatyzacja kosztów leczenia w Polsce
Ochrona zdrowia w Polsce działa w warunkach stałego napięcia między potrzebami pacjentów a możliwościami systemu. Z jednej strony funkcjonują publiczne szpitale, poradnie i przychodnie finansowane ze środków Narodowego Funduszu Zdrowia. Z drugiej zaś rozwija się sektor prywatny, do którego pacjenci trafiają wtedy, gdy chcą szybciej uzyskać konsultację, badanie lub zabieg. W praktyce oba obszary coraz częściej się przenikają.
Dla pacjentów oznacza to nierówny dostęp do świadczeń. Osoba, która może zapłacić za prywatną wizytę, często omija kolejkę i szybciej otrzymuje diagnozę. Pacjent korzystający wyłącznie z publicznego systemu bywa natomiast uzależniony od dostępnych terminów, miejsca zamieszkania i liczby specjalistów w regionie. Różnice te są szczególnie widoczne w mniejszych miejscowościach, gdzie oferta medyczna jest ograniczona.
W takim systemie pracują lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni i inni przedstawiciele zawodów medycznych. Część z nich łączy kilka miejsc pracy: szpital publiczny, dyżury, poradnię, prywatny gabinet albo kontrakt w innej placówce. Wieloetatowość pozwala uzupełniać braki kadrowe i utrzymać funkcjonowanie oddziałów, ale jednocześnie zwiększa ryzyko przeciążenia.

To właśnie chroniczne niedobory personelu powodują, że czas pracy medyków staje się jednym z najcenniejszych zasobów w systemie. Tam, gdzie brakuje specjalistów, rośnie gotowość placówek do płacenia wyższych stawek. Nie zawsze przekłada się to jednak na poprawę jakości organizacji pracy. Często jest raczej sposobem gaszenia bieżących problemów kadrowych niż trwałą reformą systemu.
Iluzja państwowych etatów i potęga wolnorynkowych kontraktów
Debata o zarobkach lekarzy zwykle szybko prowadzi do uproszczeń. Z jednej strony pojawiają się przykłady młodych medyków, zwłaszcza rezydentów, którzy wskazują na stosunkowo niskie wynagrodzenia podstawowe w zestawieniu z długością nauki, odpowiedzialnością i obciążeniem psychicznym. Z drugiej strony w mediach co jakiś czas pojawiają się informacje o lekarzach osiągających bardzo wysokie miesięczne lub roczne dochody. Oba obrazy mogą być prawdziwe, ale dotyczą różnych etapów kariery i różnych form pracy.
Lekarz na początku drogi zawodowej znajduje się w innej sytuacji niż doświadczony specjalista z deficytowej dziedziny. Znaczenie ma też miejsce zatrudnienia, liczba dyżurów, region kraju oraz to, czy medyk pracuje na umowie o pracę, czy na kontrakcie. Kontrakty medyczne, często prowadzone w formule działalności gospodarczej, dają większą elastyczność w ustalaniu stawek i zakresu pracy. Placówki korzystają z nich, ponieważ pozwalają szybciej pozyskać specjalistów tam, gdzie brakuje personelu.
Dla lekarzy kontrakty mogą być sposobem na wyższe dochody i większą kontrolę nad własnym czasem. Jednocześnie taka forma zatrudnienia zwykle oznacza inną odpowiedzialność, mniej klasycznych zabezpieczeń pracowniczych i konieczność samodzielnego rozliczania działalności. W efekcie dochody w ochronie zdrowia są bardzo nierówne. Część medyków pracuje za stawki, które uznaje za nieadekwatne do odpowiedzialności. Inni, zwłaszcza doświadczeni specjaliści w poszukiwanych dziedzinach, mogą osiągać dochody znacznie przekraczające średnią krajową. Ten rozdźwięk był widoczny już przed pandemią, ale kryzys sanitarny dodatkowo go wzmocnił.

Pandemia COVID-19 była dla ochrony zdrowia sytuacją nadzwyczajną. Placówki musiały w krótkim czasie reorganizować pracę, tworzyć oddziały covidowe, zabezpieczać personel i obsługiwać rosnącą liczbę pacjentów. Państwo uruchamiało dodatkowe środki, dodatki dla części pracowników oraz finansowanie działań związanych z testowaniem i szczepieniami. W wielu miejscach decyzje podejmowano szybko, pod presją czasu i w warunkach dużej niepewności.
Dla większości medyków był to okres bardzo trudnej pracy. Dyżury, kontakt z zakażonymi pacjentami, niedobory personelu, zmieniające się procedury i ryzyko zachorowania tworzyły ogromne obciążenie. Jednocześnie system finansowania części działań pandemicznych otworzył przestrzeń do bardzo wysokich dochodów w określonych niszach, zwłaszcza tam, gdzie płacono za dużą liczbę wykonanych świadczeń. Takim przykładem jest opisana przez “Gazetę Wyborczą”, oddział z Zielonej Góry, historia Roberta Górskiego, lekarza pogotowia i zielonogórskiego radnego.
Zobacz też: Zarobki w Action wyszły na jaw. Takie kwoty trafiają na konta pracowników, to nie żart
Lekarz z Zielonej Góry kolejnym rekordzistą. Miliony za walkę z wirusem
Według artykułu w 2021 roku dochody Górskiego z działalności leczniczej przekroczyły 4,3 mln zł, a rok później wyniosły 1,6 mln zł. Łącznie przez dwa lata pandemii było to blisko 6 mln zł. Medyk przekonywał, że rekordowe kwoty były efektem bardzo intensywnej pracy, a od zarobionych pieniędzy odprowadził podatki.
Od każdej złotówki odprowadziłem podatek, nie pracuję w trzech miejscach naraz, jak radny KO. Byłem kontrolowany przez NFZ, Urząd Skarbowy, jestem czysty - mówi "Wyborczej" Robert Górski.
Kluczowe znaczenie miał prowadzony przez niego powszechny punkt szczepień przeciw COVID-19. Według danych NFZ w 2021 roku jego praktyka wykazała ponad 56 tys. szczepień, czyli średnio ponad 150 pacjentów dziennie. Sam lekarz tłumaczył, że szczepił od rana do nocy, pracował ponad 300 godzin miesięcznie i łączył działalność punktu z dyżurami w pogotowiu, weekendami oraz nocami. Tak duża skala świadczeń przy rozliczaniu za wykonane procedury mogła przełożyć się na wyjątkowo wysokie dochody.
Sprawa budzi jednak kontrowersje nie tylko ze względu na same kwoty. Wątpliwości lokalnych radnych i parlamentarzystów mają dotyczyć m.in. działania punktu na miejskim gruncie oraz sposobu uzyskania kontraktu z NFZ. Górski twierdził, że to przedstawiciele funduszu poprosili go o szczepienia, natomiast lubuski oddział NFZ przedstawiał sprawę jako otwarty nabór dla podmiotów leczniczych, w którym trzeba było spełnić wymagania formalne.
Ten przypadek nie pokazuje więc typowych zarobków lekarzy, ale raczej skrajny efekt połączenia kontraktowego modelu pracy, nadzwyczajnej sytuacji pandemicznej, dużego zapotrzebowania na szczepienia i rozliczania świadczeń ze środków publicznych. Pokazuje też, jak ważne są przejrzyste zasady nadzoru nad czasem pracy, wynagrodzeniami i korzystaniem z publicznej infrastruktury.