Taką oliwę Polacy kupują w sklepach na potęgę. Nie wiedzą, co faktycznie znajduje się w butelce
Złota oliwa z południa Europy na stałe zagościła w naszych domach. Robiąc codzienne zakupy, bardzo często sięgamy po butelki obiecujące śródziemnomorski smak. Rosnące ceny sprawiają jednak, że na półkach pojawia się żywność, która tylko udaje towar premium. Prawda o zawartości kryje się w zaledwie jednym drobnym detalu.
Zmiana nawyków. Jak kulinarna tradycja południa przebojem zdobyła nasze talerze
Polacy wyraźnie zmienili swoje przyzwyczajenia konsumenckie na przestrzeni ostatniej dekady. Codzienna żywność ląduje w naszych koszykach zazwyczaj w wielkich sieciach handlowych, co wynika wprost z wygody, rosnącego asortymentu oraz agresywnej walki o portfel klienta. Zauważalnym trendem, który na stałe wpisał się w polski krajobraz kulinarny, jest silna fascynacja dietą śródziemnomorską. Zaczęliśmy regularnie kupować świeże warzywa, sery solankowe typu feta czy owoce morza. To bezpośredni efekt częstszych podróży turystycznych na południe Europy, a także rosnącej świadomości zdrowotnej całego społeczeństwa.

Model odżywiania oparty na nieprzetworzonych składnikach uchodzi na świecie za jeden z najzdrowszych. W ten niezwykle naturalny sposób klasyczna oliwa znalazła mocne, stałe miejsce na polskich stołach, skutecznie wypierając w wielu zastosowaniach tradycyjny olej rzepakowy czy masło. To właśnie ona stanowi dzisiaj niekwestionowaną bazę tej kulinarnej piramidy. Używamy jej masowo, głównie do dań serwowanych na zimno, takich jak klasyczne dressingi do letnich sałatek, gęste dipy czy ziołowe marynaty, ale również do bardzo delikatnego podsmażania warzyw na patelni. Trudno wyobrazić sobie dzisiaj klasyczną sałatkę grecką, domową, wypiekaną w piecu pizzę czy poranną, chrupiącą bruschettę bez odpowiedniego, wyrazistego tłuszczu.
Tłoczony na zimno sok z dorodnych oliwek w polskiej kuchni całkowicie przestał być symbolem luksusu zarezerwowanym wyłącznie dla najbogatszych smakoszy, a stał się niemal obowiązkowym elementem wyposażenia każdej domowej spiżarni. Sukcesywna ewolucja naszych kulinarnych gustów sprawiła, że na przestrzeni lat staliśmy się gotowi wydać znacznie więcej na produkty o wyższej, rzemieślniczej jakości. Ten sielankowy, konsumencki obraz został jednak przerwany przez twarde prawa ekonomii i drastyczne zmiany klimatyczne. Właśnie w tym punkcie zaczynają się prawdziwe schody dla domowych, napiętych budżetów, ponieważ niesłabnąca popularność tego roślinnego wyrobu niefortunnie zbiegła się w czasie z potężnym kryzysem podażowym.
Ekstremalne susze windują koszty. Za śródziemnomorskie złoto płacimy dzisiaj krocie
Prawdziwa oliwa z pierwszego tłoczenia stała się w ostatnich miesiącach towarem ekskluzywnym. Przed wybuchem popandemicznej fali inflacji za butelkę przyzwoitej jakości płaciliśmy w markecie kilkanaście złotych. Obecnie ceny w polskich sklepach regularnie przekraczają barierę trzydziestu, a nierzadko nawet pięćdziesięciu złotych za skromne pół litra. Główną przyczyną tego skoku jest bezprecedensowe załamanie pogody w regionach upraw. Hiszpania, będąca globalnym liderem w tej branży, zanotowała potężne spadki produkcji spowodowane katastrofalną suszą. Kiedy największy producent traci ponad połowę zbiorów, gospodarcze konsekwencje uderzają w każdy lokalny rynek.

Ograniczona dostępność naturalnego surowca winduje koszty na każdym etapie łańcucha dostaw. Od plantatora, przez tłocznię, aż po dystrybutora, każdy podmiot przerzuca rosnące wydatki operacyjne na końcowego klienta. Mimo tych drastycznych podwyżek nie chcemy rezygnować z ulubionego dodatku kulinarnego. Ta niezwykle wysoka, rynkowa wycena sprawia jednak, że podczas zakupów stajemy się podatni na kolorowe promocje. Widząc na regale produkt przypominający nasz ulubiony, ale kosztujący ułamek standardowej stawki, ulegamy finansowej pokusie.
Wrzucamy do koszyka szklaną butelkę, sugerując się wyłącznie zieloną szatą graficzną, włoskobrzmiącą nazwą oraz wizerunkiem dorodnych owoców. Zwracamy uwagę na estetykę opakowania, całkowicie omijając parametry techniczne. Potężne koncerny spożywcze z chirurgiczną precyzją wykorzystują ten psychologiczny mechanizm. W nieustannym pośpiechu tkwi bowiem źródło powszechnego błędu, który uderza w nasze portfele.
Tajemnica wytłoków. Co tak naprawdę skrywa niepozorna, odwrócona etykieta?
Kontrola IJHARS wykazała, że jakość oliwy z oliwek dostępnej w obrocie nie zawsze odpowiada informacjom podawanym na etykietach. Inspektorzy sprawdzili 50 podmiotów zajmujących się wprowadzaniem tego produktu na rynek. Nieprawidłowości stwierdzono aż u 60 proc. z nich, co pokazuje, że problem nie ma charakteru jednostkowego.
Zastrzeżenia dotyczyły zarówno cech sensorycznych, jak i parametrów fizykochemicznych oraz oznakowania. W przypadku 41,7 proc. zbadanych partii zakwestionowano smak i zapach oliwy. Inspektorzy wykrywali wady organoleptyczne, a w niektórych przypadkach także brak charakterystycznej owocowości, która powinna wyróżniać oliwę odpowiedniej jakości. Oznaczało to, że część produktów nie spełniała wymagań kategorii deklarowanej na opakowaniu i powinna zostać zaklasyfikowana niżej. Nieprawidłowości fizykochemiczne stwierdzono w 10,7 proc. kontrolowanych partii. Dotyczyły one m.in. rozbieżności w zakresie zawartości poszczególnych kwasów tłuszczowych. Największy problem stanowiło jednak oznakowanie. Zastrzeżenia w tym obszarze pojawiły się w 44,4 proc. partii. IJHARS wskazywała m.in. na niewłaściwe nazwy kategorii, niespójne informacje na etykietach, brak obowiązkowego kraju pochodzenia, używanie niedozwolonych określeń dotyczących smaku, zapachu i metod produkcji, a także brak informacji w języku polskim.
W części przypadków konsumenci mogli więc kupować produkt, który na etykiecie przedstawiano jako oliwę wyższej jakości, choć wyniki kontroli wskazywały na konieczność zakwalifikowania go do niższej kategorii. Wobec przedsiębiorców, u których wykryto naruszenia, zastosowano sankcje przewidziane w przepisach prawa żywnościowego.