Sprzedawali paliwo za 2,94 zł za litr do Ukrainy? Interweniuje parlamentarzystka Dorota Arciszewska-Mielewczyk. Jest komunikat Orlenu
Polscy kierowcy przyzwyczaili się już do tego, że wizyta na stacji benzynowej potrafi skutecznie zepsuć humor. Sytuacja na rynku ropy naftowej i wahań kursowych walut od miesięcy mocno bije po kieszeniach rodzimych konsumentów. Gdy więc w przestrzeni publicznej zaczęły krążyć rewelacje o hurtowych dostawach paliwa na Wschód za ułamek ceny rynkowej, w sieci natychmiast zawrzało.
Fala oburzenia dotarła aż do sejmowych ław, zmuszając kluczowe instytucje państwowe oraz największego krajowego czempiona naftowego do złożenia szczegółowych wyjaśnień. Czy rzeczywiście polskie podmioty dopłacały do dostaw za granicę, podczas gdy w kraju płacimy rekordowe stawki na dystrybutorach?
Sejmowe pytania o miliony litrów i rachunek dla polskiego kierowcy
Zaczęło się od serii chwytliwych wpisów w mediach społecznościowych, które szybko zyskały gigantyczne zasięgi. Wynikało z nich, że z Polski na Ukrainę płynie strumień paliwa w cenie zaledwie 2,94 zł za litr.
W obliczu dynamicznych zmian cen na krajowych stacjach, gdzie stawki za benzynę 95-oktanową oraz olej napędowy mocno nadszarpują domowe budżety, informacja ta zadziałała jak zapalnik.
Pytania o ewentualne uprzywilejowanie zagranicznych odbiorców kosztem polskich obywateli przestały być jedynie domeną internetowych dyskusji. Sprawą oficjalnie zajęła się parlamentarzystka Dorota Arciszewska-Mielewczyk, wysyłając do poszczególnych resortów kierunkowe interpelacje.

W pismach domagała się prześwietlenia struktur transakcji, weryfikacji warunków dostaw oraz precyzyjnego wyliczenia obciążeń podatkowych i marż, jakie faktycznie kształtują cenę końcową na rynku detalicznym.
Jeżeli rzeczywiście dochodziło do sprzedaży paliwa po wskazanej cenie, konieczne jest wyjaśnienie, kto był stroną takich transakcji, jakiego rodzaju paliwa dotyczyły oraz jakie były warunki ich realizacji - czytamy w interpelacji parlamentarzystki.
Skąd wzięła się kwota 2,94 zł za litr paliwa?
Skąd w ogóle wzięła się tak abstrakcyjna kwota na dokumentach eksportowych? Odpowiedź tkwi w specyfice międzynarodowego handlu hurtowego oraz sposobie raportowania danych celnych.
Kluczowe jest rozróżnienie ceny bazowej produktu rafineryjnego od finalnej stawki na dystrybutorze.
Cena hurtowa na giełdach handlowych - takich jak Platts - odzwierciedla wyłącznie sam koszt wyprodukowania paliwa i marżę rafinerii. W Polsce na ostateczny koszt litra benzyny czy diesla składa się cała kaskada dodatkowych opłat publicznoprawnych.

Mowa tu o podatku akcyzowym, opłacie paliwowej, opłacie emisyjnej oraz podatku od towarów i usług (VAT), które łącznie potrafią stanowić nawet połowę wartości, jaką kierowca zostawia w kasie na stacji.
Produkty wysyłane za granicę w procedurze eksportowej są natomiast zwolnione z krajowych podatków pośrednich, co znacząco obniża kwotę widniejącą w statystykach celnych. Do narastających kontrowersji odniosły się bezpośrednio Ministerstwo Finansów, Ministerstwo Aktywów Państwowych oraz koncern Orlen.
Zobacz też: Nowe ceny na stacjach od 14 września. Tyle zapłacimy za paliwo po weekendzie
Orlen odpowiada na kontrowersje
Przedstawiciele Orlenu jednoznacznie zaprzeczyli, jakoby dochodziło do sprzedaży paliwa poniżej rynkowych realiów czy na preferencyjnych warunkach.
Jak wyjaśniono, podawana w mediach kwota 2,94 zł za litr była wynikiem błędnej interpretacji surowych danych celno-skarbowych, które uwzględniały jedynie wybrane parametry transakcyjne bez cła, krajowej akcyzy i podatku VAT.
Orlen podkreślił, że wszystkie umowy handlowe realizowane z podmiotami ukraińskimi opierają się na stricte rynkowych cenach giełdowych, uwzględniających koszty logistyki i transportu. Żaden litr paliwa nie został wyeksportowany ze stratą ani po cenach sztucznie zaniżonych.
Ostateczne wyjaśnienia zamykają spekulacje o rzekomym dotowaniu zagranicznego rynku kosztem polskich kierowców, choć problem wysokich obciążeń fiskalnych w cenie paliwa na krajowych stacjach wciąż pozostaje otwarty.