Prawie 17 mld długów alimentacyjnych. W tych miastach sytuacja wymknęła się spod kontroli
Prawie 280 tysięcy rodziców w Polsce nie płaci na własne dzieci, a ich łączne zaległości alimentacyjne przekroczyły 16,8 mld zł. Wakacje to moment, w którym te liczby przestają być abstrakcją i zamieniają się w brak kolonii, obozu albo choćby jednodniowej wycieczki. Geografia tego zjawiska kryje jednak zaskoczenie.
Dłużników ubywa, ale dług na jednego rodzica rośnie
Na koniec czerwca 2026 roku w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor figurowało 279 819 osób z zaległościami alimentacyjnymi na łączną kwotę ponad 16,8 mld zł. Ta statystyka ma dwa dna. Z jednej strony w ciągu roku ubyło 10 672 dłużników, a kwota zobowiązań skurczyła się o ponad 24,4 mln zł. Z drugiej - średnie zadłużenie przypadające na jednego niepłacącego rodzica wzrosło do ponad 60 tys. zł, czyli o 2 124 zł więcej niż przed rokiem. Z rejestru wypadają ci, którzy jakoś się rozliczyli, zostają przypadki najcięższe, ciągnące się latami. Struktura samej grupy od lat się nie zmienia: 96 proc. dłużników alimentacyjnych to mężczyźni.
Lipiec i sierpień obnażają ten problem wyjątkowo brutalnie. Tygodniowy obóz albo kolonia to dziś wydatek rzędu 2-4 tys. zł, a kiedy jeden z rodziców uchyla się od obowiązku, cały ciężar organizacji wakacji spada na drugiego. - Liczby, które widnieją w naszej bazie, to tylko wierzchołek góry lodowej - komentuje Paweł Szarkowski, prezes BIG InfoMonitor. Zwraca przy tym uwagę na powolną zmianę społeczną. W badaniu kultury finansowej Polaków uchylanie się od płacenia alimentów usprawiedliwiano najrzadziej ze wszystkich zachowań, choć jedenastoprocentowe przyzwolenie i tak uznaje za zdecydowanie zbyt wysokie. Niepłacenie na dziecko przestaje być traktowane wyłącznie jako problem prawny i coraz częściej bywa oceniane w kategoriach moralnych oraz społecznych, a to zdaniem prezesa BIG InfoMonitor może realnie zmieniać zachowania części zobowiązanych.
Pół miliarda złotych zaległości w samej Warszawie
W ujęciu wojewódzkim ranking układa się mniej więcej tak, jak sugeruje gospodarcza mapa kraju. Najwięcej dłużników mieszka na Śląsku (33,8 tys. osób i 1,8 mld zł zaległości) oraz na Mazowszu (32,3 tys. osób, ale już 2,1 mld zł długu), a stawkę zamyka Dolny Śląsk z 26,3 tys. dłużników i kwotą przekraczającą 1,5 mld zł. Kiedy jednak zejdziemy na poziom pojedynczych miast, obraz się zagęszcza. Warszawa dominuje w obu zestawieniach: 7 933 dłużników i 506,7 mln zł niezapłaconych alimentów. Druga jest Łódź z 6 042 osobami i kwotą 366,9 mln zł.
I tu pojawia się pierwszy sygnał, że liczba dłużników niewiele mówi o ciężarze samego zjawiska. Średni dług warszawiaka to 63,9 tys. zł, a więc niewiele powyżej krajowej średniej wynoszącej 60,1 tys. zł. W Łodzi jest to 60,7 tys. zł, czyli praktycznie tyle, ile przeciętnie w całej Polsce. Tymczasem Kraków, który ma wyraźnie mniej niepłacących rodziców (3 913 osób), notuje średnie zadłużenie na poziomie 71,7 tys. zł, o ponad 10 tys. zł wyższe niż Łódź. Najniższym obciążeniem mogą pochwalić się Szczecin i Lublin. Wielkie miasto generuje więc masę zjawiska, niekoniecznie zaś jego najcięższe przypadki.
Dlaczego rekord padł w Elblągu, a nie w najwiekszych miastach?
Liderem średniego zadłużenia alimentacyjnego jest Elbląg. Przeciętny dłużnik z tego miasta zalega na dzieci 82,3 tys. zł, czyli o 37 proc. więcej niż wynosi średnia krajowa. Tuż za nim plasują się Kielce (76,3 tys. zł), Kędzierzyn-Koźle (76,1 tys. zł) i Włocławek (74,6 tys. zł). Żadne z tych miast nie jest metropolią i żadne nie ma nawet ułamka liczby dłużników ze stolicy.

Wysokie średnie zadłużenie w mniejszych miastach może wynikać z kilku nakładających się czynników kulturowych i społeczno-ekonomicznych - wyjaśnia dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor:
Pierwszym są niższe dochody i wyższe bezrobocie, które utrudniają terminowe regulowanie zobowiązań. Drugim praca nierejestrowana i sezonowa, przy której komornik nie ma czego zająć, bo oficjalny dochód jest symboliczny albo w ogóle nie istnieje. Trzecim mniejsza mobilność zawodowa, ograniczająca szansę na lepiej płatne zajęcie. Czwarty czynnik jest najbardziej mechaniczny: jeżeli alimenty nie są płacone przez wiele lat, dług rośnie o kolejne raty i odsetki, a w regionach o słabszej kondycji gospodarczej narasta szybciej niż gdzie indziej.
Analityk dorzuca do tego migrację zarobkową, rozpady rodzin i problemy z uzależnieniami.
Wniosek jest niewygodny i odwraca intuicję, którą podpowiada wielkomiejska statystyka. Metropolia produkuje skalę, ale to poza nią zaległość zdąża urosnąć do kwoty, której nikt już realnie nie spłaci. A za każdą z tych średnich stoi konkretne dziecko, które w te wakacje znowu nigdzie nie pojedzie.