Polak podał dane Kancelarii Premiera na fakturze. Grozi mu kara więzienia
Cyfryzacja systemu podatkowego rodzi kontrowersje, a nagłaśniane incydenty prowokują szerszą dyskusję publiczną. Próba udowodnienia niedoskonałości obiegu dokumentów zakończyła się dla pewnego podatnika interwencją służb. To ostrzeżenie dla wszystkich traktujących prawo z przymrużeniem oka.
- Krajowy System e-Faktur wywołuje kontrowersje
- Na to zwracają uwagę krytycy KSeF
- Chciał udowodnić, że KSeF nie działa, grozi mu więzienie
Krajowy System e-Faktur wywołuje kontrowersje
Zanim przejdziemy do sedna sprawy, warto przypomnieć fundamenty obrotu gospodarczego. Wystawianie dowodów zakupu w Polsce regulują ścisłe przepisy ustawy o VAT. Dokumenty te stanowią podstawę do odliczeń podatkowych, dlatego prawo wymaga rzetelności przy ich sporządzaniu. Przez dekady proces ten odbywał się na papierze, co mocno utrudniało kontrolę nad przepływem kapitału. Zmieniło się to wraz z wdrożeniem nowych rozwiązań informatycznych.

Krajowy System e-Faktur, baza Ministerstwa Finansów służąca do wymiany ustrukturyzowanych dowodów księgowych, to projekt, który rewolucjonizuje relacje na linii państwo–przedsiębiorca. Mechanizm jest prosty, wystawca przesyła plik do centralnego rejestru, a nabywca, po odpowiednim uwierzytelnieniu i potwierdzeniu uprawnień, otrzymuje do niego dostęp. Z założenia KSeF ma uszczelnić system podatkowy i wyeliminować zjawisko pustych faktur, będących zmorą budżetu państwa. Każda zmiana rodzi jednak opór. Mimo ogólnych zapewnień resortu finansów o bezpieczeństwie nowej infrastruktury, platforma stała się celem ataków ze strony sceptyków cyfryzacji. W debacie publicznej zaczęto podnosić argumenty o nadmiernej inwigilacji przedsiębiorców i ryzyku wycieku danych handlowych.
Wątpliwości te wpisują się w szerszy spór o granice cyfrowej kontroli państwa nad obrotem gospodarczym. Krytyczki i krytycy systemu wskazują, że centralizacja ogromnej bazy danych o transakcjach handlowych, obejmującej szczegółowe informacje o kontrahentach, cenach czy strukturze zakupów, tworzy atrakcyjny cel dla cyberprzestępców oraz potencjalnie zwiększa zakres wiedzy administracji skarbowej o bieżącej działalności firm. Zwolenniczki i zwolennicy reformy podkreślają z kolei, że rozwiązania oparte na jednolitym standardzie ustrukturyzowanych dokumentów, odpowiednim szyfrowaniu oraz wielopoziomowym systemie uwierzytelniania mają minimalizować to ryzyko, a korzyści w postaci ograniczenia nadużyć podatkowych przeważają nad kosztami adaptacyjnymi.
Na to zwracają uwagę krytycy KSeF
Kontrowersje wokół platformy KSeF nie wzięły się znikąd. Przedsiębiorcy obawiają się, że aparat skarbowy zyskał narzędzie pozwalające na centralne gromadzenie danych, co daje znacznie szybszy dostęp do wystawianych faktur. Z perspektywy administracji to krok milowy w zwalczaniu oszustw, jednak dla właściciela firmy oznacza to pełną transparentność, która bywa odbierana jako naruszenie tajemnicy handlowej. Dodatkowym problemem stały się obawy o wydolność serwerów państwowych w momentach szczytowego obciążenia.

Punktem zapalnym okazała się jednak inna cecha systemu. W Krajowym Systemie e-Faktur dokumenty pojawiają się po ich uprzednim wystawieniu przez uprawniony podmiot, pomyślnym uwierzytelnieniu i przesłaniu z zewnętrznego oprogramowania do rejestru. Krytycy zauważyli, że mechanizm ten stwarza pole do nadużyć. Teoretycznie każdy konsument może dokonać zakupu i poprosić o przypisanie transakcji do numeru innej instytucji. Sprzedawca, choć formalnie zobowiązany do dochowania należytej staranności przy prawidłowym oznaczaniu nabywcy, w praktyce przy drobnych transakcjach może oprzeć się na deklaracji klienta, generując zapis zasilający konto nieświadomego podmiotu.
Eksperci podatkowi szybko sprostowali te obawy, przypominając w komentarzach medialnych, że sam fakt pojawienia się niechcianego wpisu nie rodzi konsekwencji skarbowych. Przedsiębiorca nie musi księgować wydatku, którego w rzeczywistości nie poniósł. Mimo to wizja zasypywania urzędów fałszywymi dowodami zakupu stała się popularnym motywem, dając pretekst do lekkomyślnych prowokacji.
Zobacz też: Pilny komunikat LOT. Niebo nad całym regionem zamknięte, dziesiątki lotów odwołane
Chciał udowodnić, że KSeF nie działa, grozi mu więzienie
Teoretyczne rozważania o lukach w prawie szybko znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości. Pod koniec lutego sieć obiegło nagranie, na którym pewien mężczyzna, chcąc ośmieszyć procedury podatkowe, kupuje prezerwatywy i prosi o wystawienie rachunku na Kancelarię Premiera. Apteczny system sprzedażowy przetworzył żądanie, jednak, jak wskazują doniesienia, nie oznacza to dowodu na natychmiastowe czy faktyczne zapisanie dokumentu bezpośrednio w profilu instytucji rządowej w KSeF. Autor nagrania triumfalnie ogłosił absurdalność projektu. Reakcja państwa była bezwzględna.
Krajowa Administracja Skarbowa wspólnie z organami ścigania zidentyfikowała twórcę materiału. Okazało się, że internetowy żart jest analizowany jako potencjalne przestępstwo. Choć kategoryczne stwierdzenia o tym, że prowokatorowi już teraz grozi więzienie, pozostają jedynie medialną interpretacją i spekulacją dotyczącą możliwych zarzutów, ewentualne konsekwencje mogą być poważne. Potencjalną podstawą prawną takich działań prokuratury nie są bowiem przepisy podatkowe, lecz paragrafy Kodeksu karnego. Zgodnie z artykułem 272 wyłudzenie poświadczenia nieprawdy przez podstępne wprowadzenie w błąd upoważnionej osoby podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech.
Pracownik apteki, wpisując podyktowane przez klienta dane Kancelarii Premiera, wygenerował prawny dokument poświadczający nieprawdę o stronach transakcji. Twórca nagrania najwyraźniej zapomniał, że faktury to dokumenty o szczególnym znaczeniu, a manipulowanie nimi nigdy nie uchodzi na sucho. Sytuacja dobitnie pokazuje, że systemy cyfrowe nie zwalniają z odpowiedzialności prawnej. Próba testowania wydolności państwa za pomocą wyzwań na TikToku może zakończyć się wyrokiem sądu, zamykając drogę do beztroskiej zabawy. Autor nagrania nie przyznaje się do winy.
Dla mnie jest to kuriozum, że tak ważne instytucje zajmują się sprawą o 89 groszy, bo tyle dokładnie wynosił podatek VAT od zakupionych przeze mnie prezerwatyw. Zamiast zająć się problemem, który pokazałem, władza ściga mnie - komentuje.