Plan B na weto Karola Nawrockiego już gotowy. Rząd rozważa, co dalej z reformą PIP
Państwowa Inspekcja Pracy od lat boryka się z ograniczeniami, które wiążą ręce w walce o prawa zatrudnionych. Nowa ustawa ma to zmienić, dając urzędnikom skuteczniejsze narzędzia, o ile tylko doczeka się podpisu prezydenta. Nad horyzontem zbierają się jednak polityczne chmury i widmo poważnej blokady reformy. Wiadomo, co może się wtedy wydarzyć.
- Tym zajmuje się PIP w Polsce
- Z tymi ograniczeniami mierzy się PIP
- Ustawa czeka na podpis, wiadomo, co w przypadku weta
Tym zajmuje się PIP w Polsce
Zacznijmy od rynkowych fundamentów. Państwowa Inspekcja Pracy (główny organ nadzoru nad warunkami zatrudnienia) to w teorii najpotężniejsza instytucja chroniąca polskiego pracownika. Jej kluczowym zadaniem jest egzekwowanie przepisów oraz rygorystyczna kontrola legalności zatrudnienia. Prawo pracy w Polsce opiera się na rynkowej równowadze. Przedsiębiorca zapewnia godne wynagrodzenie i terminowe odprowadzanie składek, a podwładny sumiennie wykonuje powierzone obowiązki. Brzmi to jak idealny układ partnerski.
Rzeczywistość gospodarcza bywa jednak bezwzględna. Inspektorzy codziennie stają w obliczu naruszeń, które zacierają delikatną granicę między biznesową elastycznością a jawnym wyzyskiem. Teoretycznie urzędnicy dysponują sporym wachlarzem uprawnień. Mogą wlepiać mandaty, nakazywać wstrzymanie robót czy zgłaszać sprawy do prokuratury. W praktyce ich działania często przypominają walkę z wiatrakami. Zastanawiasz się zapewne, dlaczego ewidentne nadużycia wciąż uchodzą płazem? Głównym winowajcą są w tym przypadku ograniczone kompetencje samej inspekcji, a także ogromne przeciążenie i złożoność całego systemu. Pozwala to sprytnym graczom omijać rynkowe zasady bez większego ryzyka.

Dzisiejszy system wymaga od kontrolera tytanicznego wysiłku w przedzieraniu się przez gąszcz biurokracji. Co gorsza, braki kadrowe skutecznie osłabiają sprawczość urzędu. Kontrowersje wokół instytucji narastają w Polsce od dłuższego czasu. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość tam, gdzie to konieczne. Co zadziałało do tej pory? Z pewnością PIP może pochwalić się ogromnymi sukcesami w zakresie poprawy bezpieczeństwa fizycznego na placach budów czy w fabrykach. Liczba tragicznych wypadków przy pracy systematycznie spada, co potwierdzają oficjalne statystyki. To bezpośrednia zasługa prewencyjnych i surowych kontroli w terenie. Niestety, na tym kończy się krótka lista spektakularnych zwycięstw. Kiedy w grę wchodzi weryfikacja faktycznego charakteru nawiązanego stosunku prawnego, potężna w teorii instytucja nagle staje się całkowicie bezbronna.
Z tymi ograniczeniami mierzy się PIP
Związkowcy od lat biją na alarm, wskazując na dramatyczną asymetrię sił między korporacją a szarym obywatelem. Obecnie przepisy są skonstruowane w sposób mocno nielogiczny. Jeśli kontroler uzna, że umowa cywilnoprawna ewidentnie nosi znamiona tradycyjnego etatu, nie może samodzielnie nakazać jej przekształcenia. Musi jedynie skierować poszkodowanego do sądu pracy. To oznacza długie miesiące, a czasem lata wyczerpującej batalii sądowej.

Nic dziwnego, że większość poszkodowanych rezygnuje z dochodzenia swoich praw już na samym starcie. Złotym środkiem ma być szeroko dyskutowana nowelizacja. Rozszerzenie kompetencji urzędu to nie tylko urzędnicza kosmetyka, ale zapowiedź rynkowego trzęsienia ziemi z prawdziwego zdarzenia. Procedowana właśnie ustawa zakłada wyposażenie inspektorów w prawo do wydawania oficjalnych poleceń oraz kierowania spraw bezpośrednio do sądów pracy. Taki mechanizm w pierwszej kolejności opierałby się na próbie doprowadzenia do porozumienia i dobrowolnego przekształcenia kontraktu, a w przypadku braku zgody na sądowym rozstrzygnięciu sporu.
Najpierw inspektor idzie na kontrolę i ma obowiązek przyglądania się pracy. Ma dwie możliwości. Albo uzna, że ten kontrakt cywilnoprawny ma cechy stosunku pracy, wtedy poprosi obydwie strony o to, żeby się dogadały i wyda polecenie przekształcenia umowy cywilnoprawnej w umowę o pracę. To polecenie nie ma charakteru decyzji, nie jest wiążące. To jest nakłonienie potencjalnego pracownika i potencjalnego pracodawcy do tego, żeby usiedli przy jednym stole i żeby spróbowali się dogadać. Obowiązkiem inspektora przy poleceniu będzie uprzednie wysłuchanie stron. Potem będzie je nakłaniał do ugody, więc będzie pełnił rolę mediatora - wyjaśnia w rozmowie z “Faktem” szef PIP.
Procedura przewiduje mediację i ewentualne postępowanie przed sądem, gdzie niezmiennie obowiązywałyby standardowe zasady dowodowe określone w przepisach. Walka z umowami śmieciowymi weszłaby dzięki temu na zupełnie nowy poziom. Według szacunków ekspertów skarb państwa traci na tym procederze miliardy złotych każdego roku. Nowe, szczelne przepisy precyzyjnie uderzyłyby w model firm, które opierają swoją rynkową przewagę wyłącznie na radykalnym cięciu kosztów pracy.
Zobacz też: Agata Kornhauser-Duda zatrudniona w NBP? Jest oficjalne oświadczenie
Ustawa czeka na podpis, wiadomo, co w przypadku weta
Mogłoby się naiwnie wydawać, że tak potrzebna ustawa zostanie błyskawicznie przepchnięta przez parlamentarne tryby. Krajowa polityka bywa jednak niezwykle kapryśna i pełna niespodziewanych zwrotów akcji. Szykuje się kolejne weto prezydenta, a nad głośnym projektem zawisło realne widmo całkowitej porażki. Prezydent Karol Nawrocki znalazł się przed trudną decyzją, lecz z pałacu płyną już dość jednoznaczne sygnały o planowanym zablokowaniu reformy. Warto w tym miejscu przypomnieć pewien historyczny paradoks. Podobny projekt, drastycznie zwiększający uprawnienia kontrolerów, forsowało kiedyś Prawo i Sprawiedliwość.
To rozwiązanie, o którym dzisiaj dyskutujemy, jest rozwiązaniem nowym. Niektórzy twierdzą, że to jest jakiś wymysł pani minister (Agnieszki Dziemianowicz-Bąk - red.). Nie. To jest rozwiązanie, o którym się dyskutuje i debatuje od lat, a pierwsze projekty właśnie pochodziły ze strony PiS. Dlatego mam nadzieję, że pan prezydent ustawę podpisze - wskazuje w rozmowie z “Faktem” szef PIP.
Dziś historia wydaje się zataczać koło. Organizacje zrzeszające największych pracodawców głośno ostrzegają, że danie urzędnikom tak absolutnej władzy wywoła na rynku gigantyczny chaos. Biznes obawia się uznaniowości i paraliżu decyzyjnego.
To ustawa, która obciąży wymiar sprawiedliwości, uderzy w elastyczność rynku pracy i ograniczy prawo obywateli do decydowania o formie zatrudnienia - czytamy w piśmie Organizacji Pracodawców Rada Przedsiębiorców do prezydenta Nawrockiego.
Co zatem nastąpi, jeśli prezydent ostatecznie nie złoży swojego podpisu pod ustawą? Otwartym pozostaje pytanie, czy w takim scenariuszu rządząca większość parlamentarna zdoła zebrać głosy potrzebne do ewentualnego odrzucenia prezydenckiej blokady. Wtedy jednak do gry wkroczy opracowany w tajemnicy plan B inspekcji pracy. Jak wskazuje szef PIP, pojawia się nadzieja, że wdrożenie unijnych regulacji, co Polska musi zrobić do końca 2026 roku, pomoże wrócić do tych przepisów.
Liczę na to, że może przy wdrożeniu dyrektywy platformowej wrócą decyzje nakazujące przekształcenie umowy cywilnoprawnej - mówi szef inspekcji pracy.