Liczba urodzeń przestała spadać? Demograf: to hamowanie przed zakrętem
Pierwszy raz od lat dane GUS o urodzeniach dały powód do ostrożnej nadziei, a nagłówki szybko ogłosiły koniec spadków. Mateusz Łakomy, demograf z Polskiego Towarzystwa Gospodarczego, w rozmowie z Biznes Info podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu radzi jednak nie otwierać szampana. I ma ku temu konkretne powody.
Pierwsza dobra wiadomość od 2017 roku?
Liczba urodzeń w Polsce od niemal dekady zmierza w jednym kierunku. W 2016 roku na świat przyszło ok. 382 tys. dzieci, a rok później ponad 400 tys. Od tamtej pory każdy kolejny rok przynosił gorszy wynik. W 2024 roku urodziło się ok. 252 tys. dzieci, a w 2025 roku już tylko ok. 238 tys. To o blisko 38 proc. mniej niż dziewięć lat wcześniej. Zgony przewyższyły urodzenia o ok. 168 tys., a liczba ludności spadła w ciągu roku o 157 tys., do 37,33 mln osób. Współczynnik dzietności (średnia liczba dzieci, które urodziłaby kobieta w ciągu życia przy obecnych wzorcach) spadł w ubiegłym roku do 1,07. To najniższy poziom w historii pomiarów, a do prostej zastępowalności pokoleń potrzeba ok. 2,1.
Na tym tle dane z końca sierpnia wyglądały niemal jak przełom. W pierwszym półroczu 2026 roku urodziło się ok. 115 tys. dzieci, czyli tylko o ok. 1,3 tys. mniej niż rok wcześniej. W samym czerwcu urodzeń było nawet o 2 proc. więcej niż przed rokiem. Suma urodzeń z ostatnich dwunastu miesięcy wyniosła ok. 237,5 tys., czyli praktycznie tyle samo, ile w całym 2025 roku. Po raz pierwszy od 2017 roku ta miara przestała się obniżać.
Media szybko podchwyciły temat. Pojawiły się tytuły o wyhamowaniu kryzysu demograficznego i pierwszych oznakach poprawy. Czy rzeczywiście mamy za sobą demograficzny dołek? „Matematycznie wyhamował, nie da się ukryć” - przyznaje Mateusz Łakomy, dyrektor programu Demograficon w Polskim Towarzystwie Gospodarczym. Zaraz jednak stawia pytanie, które zmienia wydźwięk całej historii. Czy to nie jest hamowanie przed zakrętem?
Opóźniony efekt 800 plus, śluby i in vitro. Co zatrzymało spadek?
Łakomy wskazuje kilka czynników, które mogły spowolnić spadek liczby urodzeń. Pierwszy to waloryzacja świadczenia wychowawczego z 500 do 800 zł, obowiązująca od stycznia 2024 roku. Łatwo o niej zapomnieć, bo od podwyżki minęły już ponad dwa i pół roku. Zdaniem demografa to właśnie ona w największym stopniu tłumaczy obecne wyhamowanie. Urodzenia nie dzieją się z dnia na dzień, więc reakcja na zmianę przychodzi z opóźnieniem. Między decyzją o dziecku a porodem mija co najmniej kilkanaście miesięcy.
Waloryzacja w praktyce przywróciła świadczeniu siłę nabywczą z 2016 roku. Po uwzględnieniu skumulowanej inflacji z lat 2017-2023 pierwotne 500 zł było warte na początku 2024 roku ok. 730-740 zł. Kwota 800 zł z nawiązką odrobiła więc straty, choć od tamtej pory ceny znowu poszły w górę.
Drugi czynnik to małżeństwa. Liczba zawieranych związków wciąż maleje, ale znacznie wolniej niż w poprzednich latach. W 2025 roku Polacy zawarli ok. 133 tys. małżeństw, czyli o nieco ponad 2 tys. mniej niż rok wcześniej. Współczynnik małżeństw (liczba ślubów na tysiąc mieszkańców) wyniósł 3,6 promila wobec 4,9 promila dekadę wcześniej. Dla demografów to istotny sygnał, bo w Polsce zdecydowana większość dzieci wciąż rodzi się w małżeństwach. Wstępne dane za drugi kwartał 2026 roku sugerują nawet wyraźny wzrost liczby ślubów.
Trzecim, najmniej oczywistym elementem jest in vitro. Rządowy program refundacji ruszył w czerwcu 2024 roku, a w tym roku dysponuje budżetem 700 mln zł. Według danych rządowych dzięki niemu urodziło się już ponad 15 tys. dzieci. Łakomy studzi jednak emocje. Jego zdaniem większość tych procedur i tak by się odbyła, tylko finansowana z prywatnych pieniędzy. Dodatkowy efekt samego przejęcia kosztów przez budżet państwa szacuje na 1-2 tys. urodzeń w 2025 roku. To niewiele, ale przy tak wyrównanych wynikach rok do roku każdy tysiąc ma znaczenie.
Lipcowe dane studzą entuzjazm
Kluczowe w ocenie Łakomego jest jednak to, czego w danych zabrakło. Pojawiło się bardzo mało czynników, które sugerowałyby, że jesteśmy już za dołkiem i zaczyna się odbicie. Obecna stabilizacja to jego zdaniem raczej chwilowy zbieg okoliczności niż zmiana trendu. Czynniki, które pomogły, mają ograniczony zasięg. Efekt waloryzacji z czasem wygaśnie, bo realna wartość świadczenia znów będzie topniała. Refundowane in vitro daje z kolei najwyżej kilka tysięcy dodatkowych dzieci rocznie.
Po drugiej stronie stoi struktura wieku, której nie da się oszukać. W wiek najwyższej płodności wchodzą roczniki z przełomu wieków, znacznie mniej liczne od pokolenia wyżu z początku lat 80. Mniej potencjalnych matek oznacza mniej urodzeń nawet przy tej samej dzietności. Część ekspertów zauważa zresztą, że sam współczynnik dzietności może obecnie lekko rosnąć. Tyle że na liczbę urodzeń przekłada się to słabo.
Najnowsze dane GUS przyznają rację sceptykom. W lipcu 2026 roku urodziło się ok. 20 tys. dzieci, a suma urodzeń z ostatnich dwunastu miesięcy spadła do 234,9 tys. [GUS, wrzesień 2026]. W ciągu zaledwie miesiąca wskaźnik cofnął się więc o ponad 2,5 tys. Od stycznia do lipca na świat przyszło ok. 135 tys. dzieci wobec 138,4 tys. w analogicznym okresie ubiegłego roku. Czerwcowy optymizm przetrwał zatem dokładnie jeden odczyt.
Czy to oznacza, że polityka rodzinna nie działa? Na to pytanie Łakomy chce odpowiedzieć liczbami. Zapowiada, że jeszcze w tym roku opublikuje dziesięcioletnią ewaluację programów 500 plus i 800 plus. Chce w niej precyzyjnie wskazać, gdzie świadczenie działało pozytywnie, gdzie nie działało wcale i gdzie pieniądze można wydawać lepiej. Zanim takie opracowanie się pojawi, jedno wydaje się pewne. Jeden dobry miesiąc nie odwraca trendu, który trwa od 2017 roku, a zakręt, przed którym hamujemy, wciąż jest przed nami.