Każdy kraj prowadzi politykę przemysłową. Pytanie tylko, czy swoją
Na obronność pójdzie w tym roku ponad 200 mld zł, a znaczna część tej kwoty wyjedzie z kraju. Hubert Stojanowski z Domu Inwestycyjnego Xelion przekonuje, że spór o to, czy się zadłużać, jest sporem źle postawionym. Istotne jest zupełnie inne pytanie, a odpowiedź na nie widać w bilansie płatniczym.
Chiny: z kilkunastu procent PKB do 100 z okładem
Teza, że wzrost gospodarczy finansowany długiem to droga donikąd, brzmi jak zdrowy rozsądek. Hubert Stojanowski odpowiada na nią przykładem, który trudno zbyć wzruszeniem ramion. Dług publiczny Chin na przełomie wieków był poniżej 20 proc. PKB, a dziś przekracza 100 proc. - i wydarzyło się to przy ekstremalnie rosnącym PKB, nie przy stagnacji. Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego szeroka miara chińskiego zadłużenia, obejmująca spółki celowe samorządów, sięgnęła 126,6 proc. PKB w 2025 roku i ma dojść do 135,3 proc. w 2026 . W wąskim ujęciu ogólnorządowym to około 99 proc.
Jeżeli tego, co stało się w Chinach, nie nazwiemy skokiem rozwojowym, to trudno powiedzieć, co miałoby nim być. Tyle że - i tu Stojanowski od razu stawia zastrzeżenie - zależność nie jest automatyczna. Dług jest narzędziem, które musi być efektywnie wykorzystane. Chińczycy w pierwszym etapie prowadzili ekstremalne inwestycje państwowe w infrastrukturę, potem przesunęli się w stronę technologii, sztucznej inteligencji i samochodów elektrycznych. W pewnym momencie doprowadziło to jednak do przeinwestowania, a dług prywatny rósł równolegle z publicznym.
Kluczowe jest to, w co się celuje. Chińczycy postawili na branże, które okazały się właściwe, ale zrobili to w skoordynowany sposób: dług prywatny i publiczny rosły równolegle w środowisku rozrastającego się PKB. To nie jest zależność automatyczna - stymulacja długiem nie generuje wzrostu sama z siebie i akurat tego zastrzeżenia mój rozmówca nie omija.
Dziś Pekin stoi przed wyborem: popyt krajowy albo eksport. Z tego, co widać, wybiera to drugie, a to wymusza zaniżony kurs waluty, bo gospodarka musi pozostać konkurencyjna cenowo. Stąd między innymi biorą się aktualne wojny handlowe, choć - jak zastrzega mój rozmówca - w wojnie handlowej nie chodzi wyłącznie o handel.
Najtrudniejsza baza przemysłowa do zbudowania
Skoro dług ma być efektywnie wykorzystany, to sprawdźmy największą pozycję w polskich wydatkach ostatnich lat. Na obronność zaplanowano w 2026 roku 201 mld zł, czyli 4,81 proc. PKB. Z budżetu państwa idzie na to 124,8 mld zł, resztę stanowi zadłużenie Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych, obsługiwanego przez Bank Gospodarstwa Krajowego. Mało kto jest przeciwny samym wydatkom. Spór zaczyna się przy pytaniu, gdzie te pieniądze lądują.
Odpowiedź nie jest satysfakcjonująca. Udział podmiotów krajowych w wartości zawieranych kontraktów zbrojeniowych wynosił na koniec 2024 roku 37 proc., a wskaźnik ten i tak zawyża realny udział polskiej wartości dodanej, bo liczy całą wartość kontraktu. Ministerstwo Obrony deklaruje cel na poziomie 50 proc. Problem w tym, że na badania i rozwój przemysłu obronnego przeznacza się około 0,5 proc. łącznych nakładów na obronność, a Polska pozostaje jednym z największych importerów uzbrojenia na świecie.
Stojanowski tłumaczy, dlaczego to akurat tak trudno odwrócić. Budowa bazy przemysłowej pod wydatki zbrojeniowe jest najtrudniejszą bazą przemysłową do zbudowania, ponieważ sektor jest uzależniony od kontraktów rządowych i niechętnie rozbudowuje moce produkcyjne. Producent boi się prostej rzeczy: postawi linię, a źródełko się skończy. To nie jest fabryka garnków, gdzie rośnie popyt, stawiasz halę i sprzedajesz więcej - amunicji ani czołgów nie sprzedaje się temu, kto zapłaci najwięcej. Nawet Lockheed Martin, w którego akcje można zainwestować na giełdzie, nie działa na zasadach czysto rynkowych - w USA sektor prywatny w tej branży jest bardzo mocno kontrolowany przez państwo. Do tego dochodzi bariera technologiczna: ekwiwalentu Patriota czy Abramsa nie zbudujemy sami, a zaawansowana inżynieria odwrotna niewiele tu zmienia.
Procedura, w której siedziałyby też Chiny i Ameryka
Zostaje jeszcze kwestia ram, w które sami się wpisaliśmy. Polska jest objęta unijną procedurą nadmiernego deficytu i - jak przypomina Stojanowski - rzadko zdarzało nam się w niej nie być. Ciekawsze jest jednak co innego. Gdyby taka procedura obowiązywała Stany Zjednoczone, poza kilkoma latami byłyby w niej nieprzerwanie. Chiny, z wyjątkiem może jednego lub dwóch lat, tkwiłyby w niej od lat dziewięćdziesiątych. Gracze globalni w żaden sposób nie szczypali się z kreacją pieniężną, a jednocześnie nasi ekonomiści proponują, żebyśmy na długu nie rośli.
Nie jest to argument za zadłużaniem się bez opamiętania i sam rozmówca tego nie mówi. Jego teza jest węższa. Dług jako narzędzie jest neutralny, a rozstrzyga sposób jego użycia - zasypywano nim dziury po cięciach podatkowych, rozbudowywano amerykański sektor zbrojeniowy, finansowano chińską infrastrukturę.
Ekonomia boomu zbrojeniowego jest przy tym dość dobrze opisana. Typowy taki boom trwa ponad dwa i pół roku, podnosi udział wydatków obronnych o około 2,7 pkt proc. PKB i w mniej więcej dwóch trzecich finansowany jest wyższym deficytem, a o jego ostatecznym wpływie na gospodarkę decyduje udział importu sprzętu. Innymi słowy: to nie sam wydatek przesądza o efekcie, tylko to, gdzie ten wydatek osiada.
Bo w tym właśnie tkwi sedno. Jeśli stymulacja długiem przekłada się na agresywny popyt krajowy, a moce wytwórcze gospodarki są zbyt małe, żeby go zaspokoić, to popyt wycieka za granicę w postaci importu. Bilans handlowy się pogarsza, a my - przy własnym zadłużeniu - stymulujemy cudze gospodarki. Widać to na rachunku obrotów bieżących i w całym bilansie płatniczym, nie w samym słupku zadłużenia.
Każdy kraj prowadzi politykę przemysłową, niezależnie od tego, czy chce się do tego przyznać. Jedyne pytanie brzmi, czy prowadzi swoją, czy cudzą. Przy 201 mld zł rocznie i 37 proc. udziale krajowych wykonawców odpowiedź jest wciąż otwarta, ale zegar już tyka.