Ściana przesuwa się... od 1995 roku. Czym naprawdę jest polski dług?
Dług publiczny przekroczył unijny próg 60 proc. PKB, deficyt jest drugim najwyższym w Unii Europejskiej, a rządowe prognozy sięgają trzech czwartych PKB pod koniec dekady. Hubert Stojanowski z Domu Inwestycyjnego Xelion twierdzi, że te liczby mówią o wiele mniej, niż się powszechnie zakłada.
Dług to coś złego?
Zacznijmy od czegoś, co wydaje się drobiazgiem, a rozstrzyga o połowie tej dyskusji. Samo pojęcie długu ma ekstremalnie pejoratywny wydźwięk językowy - zauważa Stojanowski. Kiedy przeciętny czytelnik widzi nagłówek o rosnącym zadłużeniu państwa, uruchamia mu się skojarzenie z ratą kredytu, z komornikiem, w najgorszym razie z chwilówką wydaną na głupoty. Tymczasem dług państwa to po prostu wyemitowane obligacje, a kluczowa jest nie ich suma, tylko struktura zobowiązań.
Liczby robią wrażenie, temu nie da się zaprzeczyć. Na koniec pierwszego kwartału 2026 roku dług sektora instytucji rządowych i samorządowych, czyli ten liczony metodologią unijną, wyniósł 2 444,3 mld zł, co odpowiadało 61,6 proc. PKB [Eurostat, I kw. 2026]. Rok wcześniej było to 57 proc. Państwowy dług publiczny, mierzony według krajowej ustawy, to 2 008,2 mld zł, czyli 50,6 proc. PKB - wciąż z zapasem poniżej konstytucyjnego progu. Deficyt całego sektora finansów publicznych sięgnął w 2025 roku 7,3 proc. PKB i był drugim najwyższym w całej Unii, zaraz po rumuńskim [Eurostat, kwiecień 2026]. W strategii zarządzania długiem resort finansów zakłada, że relacja długu unijnego do PKB dojdzie w 2029 roku do 75,3 proc.
Stojanowski odbija tę ostatnią liczbę jednym zdaniem: to prognoza przy założeniu, że PKB będzie płaskie. Warto jednak uczciwie dodać, że rządowe projekcje płaskiego PKB nie zakładają - w scenariuszu na 2026 rok Ministerstwo Finansów przyjęło realny wzrost na poziomie 3,6 proc. Dług rośnie więc szybciej niż gospodarka, i to jest fakt, którego żadna retoryka nie unieważnia. Pytanie brzmi tylko, czy to samo w sobie jest katastrofą, czy raczej rachunkiem wystawionym za coś innego.
PRL zbankrutował przy zadłużeniu, które dziś nikogo by nie ruszyło
Najlepszym argumentem za tym, że sama wysokość długu niczego nie przesądza, jest historia, którą Polacy znają z rodzinnych opowieści. Zadłużenie gierkowskie doprowadziło do bankructwa państwa, choć - jak przypomina Stojanowski - wynosiło z grubsza 10 proc. PKB. Problemem nie była skala, tylko waluta. Zobowiązania były w pełni dolarowe, a PRL nie miał realnej możliwości pozyskiwania dewiz, bo nie uczestniczył w zachodnim systemie rozliczeń handlowych. Rezerwy walutowe topniały z roku na rok, aż doszło do kryzysu transferowego. Zobowiązania nieduże w relacji do gospodarki okazały się po prostu nieobsługiwalne przez ten konkretny podmiot.
Dzisiejsza konstrukcja jest odwrotna niemal w każdym punkcie. Polska ma walutę w pełni wymienialną i urynkowioną, rezerwy rosną, a przede wszystkim - udział długu w walutach obcych wyniósł w czerwcu 2026 roku 20,1 proc. [Ministerstwo Finansów, czerwiec 2026]. Cztery piąte zadłużenia Skarbu Państwa jest zatem plasowane w złotym, czyli w pieniądzu, który emitujemy sami. Udział nierezydentów to 28,4 proc., a więc dominującym wierzycielem państwa pozostaje krajowy sektor finansowy.
I tu dochodzimy do rzeczy, którą w publicystyce pomija się najczęściej. Banki komercyjne kupują polskie obligacje nie z patriotyzmu ani z przymusu politycznego, tylko dlatego, że muszą gdzieś ulokować nadwyżki w sposób płynny. Depozyt klienta jest zobowiązaniem banku i musi mieć pokrycie w aktywach, które da się szybko upłynnić w razie wzmożonych wypłat. W polskich realiach jedynym instrumentem o odpowiedniej skali i płynności są obligacje skarbowe w złotym, bo rynek długu korporacyjnego jest u nas płytki. Bilanse naszych banków wyglądają więc inaczej niż amerykańskie czy kanadyjskie, ale - jak zauważa Stojanowski - wynika to z zachowawczej polityki sektora i wymogów kapitałowych KNF, ostrzejszych niż europejskie.
Kto ustawia się w kolejce po polskie obligacje?
Teza o nadchodzącej zapaści zakłada milcząco, że w pewnym momencie zabraknie chętnych na polski dług. Sprawdźmy więc, jak to wygląda w praktyce. Na przetargu 19 sierpnia 2026 roku Ministerstwo Finansów sprzedało sześć serii obligacji za 12,0 mld zł, przy popycie sięgającym 16,4 mld zł, a na aukcji dodatkowej dołożyło jeszcze papiery za 1,4 mld zł [Ministerstwo Finansów, sierpień 2026]. Po tym przetargu stopień sfinansowania tegorocznych potrzeb pożyczkowych brutto sięgnął około 73 proc. Stojanowski zwraca uwagę, że lato sprzyja sezonowo niższemu popytowi, a mimo to zgłoszone oferty i tak wyraźnie przewyższyły podaż. Sektor prywatny wziąłby tego długu więcej, gdyby był dostępny.
To nie znaczy, że nie ma się o co martwić. Koszt obsługi długu rośnie i będzie obciążał budżet przez lata. Różnica polega na tym, że jest to rozmowa o cenie pieniądza, a nie o dostępności finansowania.
Kiedy zatem straszenie długiem ma realne podstawy? Stojanowski wskazuje dwie sytuacje. Pierwsza to kurs walutowy sztywny albo kontrolowany - kraj, który nie ma urynkowionego kursu, w praktyce nie ma własnej waluty, a jedynie ticker, bo możliwości dewaluacji i prowadzenia samodzielnej polityki monetarnej są ograniczone. Druga to rachunek obrotów bieżących i cały bilans płatniczy, bo dopiero on pokazuje, czy zadłużenie napędza gospodarkę krajową, czy cudzą.
Warto też pamiętać o czymś, co w tej dyskusji ginie. Każdy polski budżet od denominacji złotego w 1995 roku był budżetem z deficytem - a mimo to dystans między gospodarką z 1995 roku a tą z 2025 trudno nazwać inaczej niż różnicą cywilizacyjną. Bez stymulacji długiem taka skala rozwoju byłaby nieosiągalna, choć pytanie, czy wykorzystano ją optymalnie, pozostaje otwarte.
Ściana, do której podobno idziemy od trzech dekad, cały czas się przesuwa nie dlatego, że mamy szczęście. Przesuwa się, bo nigdy nie stała tam, gdzie ją pokazywano. Stoi przy bezpiecznikach - własnej walucie, płynnym kursie i krajowym wierzycielu - a nie przy słupku z procentem PKB.