Gdzie naprawdę jest polskie złoto? W kraju tylko część rezerw NBP
Narodowy Bank Polski ma już ponad 640 ton złota i miejsce w pierwszej dziesiątce banków centralnych świata. O tym mówi się dużo. Znacznie rzadziej pada pytanie, gdzie te sztabki fizycznie leżą - i czy każda tona zapisana w bilansie NBP to na pewno tona metalu.
Rezerwy, które zmieściłyby się w kawalerce
Na koniec lipca 2026 roku zasób złota NBP wyniósł 640,2 tony wobec 632,4 tony miesiąc wcześniej. Pozycja "złoto monetarne" została wyceniona na blisko 83,6 mld dolarów i odpowiada już za mniej więcej 30 proc. wartości oficjalnych aktywów rezerwowych Polski. Cel wyznaczony uchwałą zarządu banku to 700 ton, więc do domknięcia planu brakuje niespełna 60 ton. Tempo zakupów jak na europejski bank centralny jest niecodzienne: od 2018 roku NBP kupił łącznie 529 ton, w tym 102 tony w 2025 roku i kolejne 82 tony w samym pierwszym półroczu 2026.
Tyle że 640 ton to liczba bez punktu odniesienia. To ponad 20,5 mln uncji i mniej więcej 51 tysięcy sztab w standardzie London Good Delivery, czyli tych klasycznych klocków po 400 uncji, ważących około 12,5 kilograma każdy. Takiej sztaby nie kupi się w mennicy: przy czerwcowej wycenie rezerw na poziomie 308 mld zł pojedynczy klocek wart był ponad 6 mln zł, a handel nimi pozostaje domeną banków centralnych i dużych funduszy. Gdyby zaś ułożyć wszystkie polskie sztabki jedna na drugiej tak, by stos nie przekraczał metra wysokości, wystarczyłoby pomieszczenie o powierzchni około 33 metrów kwadratowych. Narodowe rezerwy złota zmieściłyby się w nieco większej kawalerce - choć podłoga raczej by tego nie wytrzymała.
105 ton w kraju. Reszta czeka w Londynie i Nowym Jorku
Bank centralny nie publikuje mapy swoich skarbców. Konkrety pojawiły się dopiero dzięki wnioskowi o dostęp do informacji publicznej, który złożył ekonomista Rafał Mundry. Z odpowiedzi NBP wynika, że na 31 grudnia 2025 roku rezerwy wynosiły 550,22 tony, z czego niespełna 105 ton leżało w skarbcach na terenie Polski, nieco ponad 195 ton w Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku, a ponad 250 ton w Wielkiej Brytanii [NBP, odpowiedź na wniosek o informację publiczną, luty 2026]. W kraju mamy więc mniej niż jedną piątą kruszcu, a proporcja od tamtej pory jeszcze się przesunęła: w lipcu prezes Adam Glapiński mówił o 104,7 tony w krajowych skarbcach przy 632,4 tony rezerw ogółem [NBP, lipiec 2026]. Każda kolejna kupowana tona ląduje poza Polską.
Powód jest prozaiczny. Londyn i Nowy Jork to główne ośrodki handlu fizycznym metalem, a zakup kilku ton sprowadza się tam do przestawienia sztab między półkami w tym samym skarbcu. Nie trzeba niczego pakować do samolotu, a koszty są dużo niższe. Sam NBP tłumaczy rozproszenie lokalizacji ograniczaniem ryzyka geopolitycznego, którego skutkiem mogłaby być utrata kruszcu albo brak swobody dysponowania nim. "Miejsca na mapie nie zmienimy, więc z tymi ryzykami geopolitycznymi musimy się liczyć" - mówi Tomasz Gessner, główny analityk Tavex. Jak dodaje, gdyby pojawiła się konieczność nagłego pozyskania płynności ze złota, lepiej, żeby leżało ono blisko ośrodka handlowego, a takim jest właśnie Londyn.
Argument brzmi rozsądnie, dopóki nie spojrzy się na mapę z drugiej strony - nieco ponad 300 km na wschód od Warszawy zaczyna się granica z krajem w stanie wojny. Jeszcze kilka lat temu NBP nie trzymał zresztą w kraju ani grama złota. Sto ton przyleciało z Londynu dopiero w 2019 roku, w ośmiu transzach. Operację nazwano wtedy repatriacją, sugerując powrót kruszcu ewakuowanego w 1939 roku przez Rumunię i Francję. To ładna opowieść, tyle że nieprawdziwa: sztabki nie były te same, a przedwojenne rezerwy sięgały według dokumentów około 77 ton. Złoto po drodze nie pączkowało.
Sztabka czy zapis na rachunku? Tu zaczyna się prawdziwe pytanie
Najciekawszy fragment odpowiedzi NBP przeszedł niemal bez echa. Bank napisał, że ponad 250 ton w Wielkiej Brytanii nie leży po prostu w skarbcu Banku Anglii, lecz znajduje się na rachunku, który jest inwestowany w lokatach na rynku międzybankowym. Dla kogoś, kto wyobraża sobie rezerwy jako rzędy sztab z przywieszką NBP, brzmi to jak wywrotka.
Mechanizm jest jednak mniej sensacyjny, niż się wydaje. Złoto jeść nie woła, ale też nie płaci odsetek, a przechowanie kilkuset ton kosztuje - ani Bank Anglii, ani Fed nie robią tego charytatywnie. Dlatego, jak wynika ze sprawozdania finansowego NBP, kruszec ulokowany za granicą jest utrzymywany na rachunkach bieżących oraz inwestowany w lokaty terminowe z zagranicznymi instytucjami finansowymi, a odsetki od tych lokat naliczane są i wypłacane w dolarach [NBP, sprawozdanie finansowe]. Skalę zjawiska pokazują proporcje: lokaty terminowe w złocie wyceniono na 48 mld zł wobec prawie 175 mld zł na rachunkach bieżących. Po wygaśnięciu lokaty pozycja wraca do postaci sztab przypisanych do rachunku NBP.
To nie jest więc "papierowe złoto" w rozumieniu obietnicy bez pokrycia. Ale to też coś innego niż metal w krajowym skarbcu, bo część rezerw pozostaje należnością wobec instytucji finansowej, z terminem zapadalności i ryzykiem drugiej strony. Różnica ujawnia się dokładnie wtedy, kiedy złoto miałoby spełnić swoją jedyną funkcję: ubezpieczenia na naprawdę zły scenariusz.
NBP zdaje sobie sprawę, że pytanie o wiarygodność tych zapisów będzie wracać. W kwietniu 2026 roku Glapiński jako pierwszy prezes w historii NBP osobiście obejrzał polskie sztabki w skarbcu nowojorskiego Fed, a w czerwcu przeprowadzono dwie rozszerzone inspekcje w Nowym Jorku i Londynie, obejmujące oznaczenia i rzeczywistą masę losowo wybranych sztab. Zapowiedziano też budowę nowego skarbca przy placu Powstańców Warszawy, do którego ma trafić większa część krajowych zasobów [NBP, lipiec 2026].
Odpowiedź na pytanie, ile złota ma Polska, zależy więc od tego, co rozumiemy przez słowo "mieć". W bilansie jest 640 ton. W polskich skarbcach około 105. Reszta to sztaby z polską przywieszką w cudzych skarbcach oraz lokaty przynoszące odsetki w dolarach. Ubezpieczenie zostało kupione, tyle że polisa leży kilka tysięcy kilometrów od miejsca, w którym mógłby wybuchnąć pożar.