Nowa stawka PIT i wyższy CIT. Kto zapłaci za ulgę dla klasy średniej?
Rząd po raz pierwszy od lat zdecydował się ruszyć skalę podatkową, ale nie zamierza do tej operacji dopłacać z budżetu. Zapowiedziane w środę zmiany w PIT mają objąć miliony pracujących Polaków, a rachunek za nie trafi do zupełnie innej grupy podatników. Pytanie, czy ten manewr rzeczywiście się zbilansuje
Próg, który nie chce iść w górę
Premier Donald Tusk wspólnie z ministrem finansów i gospodarki Andrzejem Domańskim przedstawili w środę pakiet zmian w podatkach dochodowych, które miałyby wejść w życie 1 stycznia 2027 roku. Sedno propozycji to przebudowa skali podatkowej. Stawka 12 proc. obejmie dochody do 130 tys. zł rocznie, zamiast dotychczasowych 120 tys. zł. Powyżej tej kwoty pojawi się zupełnie nowa, pośrednia stawka 24 proc., która ma obowiązywać do 150 tys. zł dochodu. Dopiero po przekroczeniu tej granicy fiskus sięgnie po 32 proc. Dziś ta najwyższa stawka włącza się natychmiast po przekroczeniu 120 tys. zł, co w praktyce oznacza skok obciążenia o 20 punktów procentowych w zasadzie z dnia na dzień.
Skala podatkowa w obecnym kształcie obowiązuje od 2022 roku i przez cztery lata nie była waloryzowana, mimo że wynagrodzenia w tym czasie mocno wzrosły. Sam premier przyznał, że od objęcia rządów przez Koalicję Obywatelską płace w polskiej gospodarce poszły w górę o 30 proc. Efekt jest podręcznikowy i nosi nazwę pełzania podatkowego (sytuacji, w której nominalne podwyżki płac wpychają pracowników do wyższego progu bez realnego wzrostu ich siły nabywczej). Według wcześniejszych wyliczeń resortu finansów w wyższą, 32 proc. stawkę wpada dziś ok. 11 proc. podatników rozliczających się na zasadach ogólnych. Rząd szacuje, że na nowej skali skorzysta ok. 3,5 mln osób, a grupa ta będzie się powiększać wraz ze wzrostem płac.
Kto zapłaci mniej?
Kancelaria Prezesa Rady Ministrów podała, że najwięcej zyskujący podatnicy zaoszczędzą nawet 3,6 tys. zł rocznie, a odsetek osób płacących stawkę 32 proc. spadnie po zmianach do 7,2 proc., zamiast prognozowanych na przyszły rok 14 proc.
Przesunięcie progu ze 120 na 130 tys. zł oznacza, że od 10 tys. zł dochodu zapłacimy 12 zamiast 32 proc., czyli 2 tys. zł mniej. Kolejne 20 tys. zł, objęte nową stawką 24 proc. zamiast 32 proc., daje oszczędność 1,6 tys. zł. Razem faktycznie wychodzi 3,6 tys. zł, ale tylko dla podatnika, który zarabia co najmniej 150 tys. zł rocznie.
Kto zarabia mniej, zyska proporcjonalnie mniej, a osoby z dochodem poniżej 120 tys. zł nie odczują zmiany w ogóle. Reforma nie dotyka bowiem podstawowej stawki 12 proc., pod którą podpada zdecydowana większość pracujących.
Znacznie ciekawiej wypadła ta część konferencji, w której premier został zapytany o sztandarową obietnicę wyborczą Koalicji Obywatelskiej z 2023 roku, czyli podniesienie kwoty wolnej od podatku z 30 do 60 tys. zł. Tusk odparł, że rząd z niej nie rezygnuje, ale w latach 2027 i 2028 jej realizacja jest mało realna ze względu na wydatki na obronność. Trudno się dziwić, skoro sam koszt takiej operacji Ministerstwo Finansów wyceniło na 58,6 mld zł.
Dla porównania, cała zapowiedziana właśnie reforma skali podatkowej ma kosztować budżet od 4,5 do 6 mld zł rocznie. Tło fiskalne też nie zachęca do hojności - po siedmiu miesiącach 2026 roku deficyt budżetu państwa sięgnął 141,06 mld zł, czyli ponad połowę limitu zapisanego w ustawie budżetowej na cały rok (271,74 mld zł)
Niższe podatki, ale nie dla największych firm
Skoro budżet nie ma z czego dopłacać, pieniądze trzeba znaleźć gdzie indziej. I tu pojawia się druga, znacznie mniej eksponowana część pakietu. Stawka CIT wzrośnie z 19 do 22 proc. dla podmiotów o rocznych przychodach powyżej 50 mln euro oraz dla podatkowych grup kapitałowych. Premier przeliczył ten próg na 200 mln zł, choć po bieżącym kursie jest to raczej okolica 215 mln zł. Do tego dochodzi podniesienie daniny solidarnościowej z 4 do 5 proc. dla zarabiających ponad 1 mln zł rocznie oraz obniżenie limitu przychodów uprawniającego do ryczałtu - z 2 mln euro do 250 tys. euro, czyli ok. 1 mln zł. Ta ostatnia zmiana uderzy w tysiące jednoosobowych działalności, które przez ostatnie pięć lat rozliczały się w preferencyjnej formie.
Domański przekonywał, że 22 proc. to mniej więcej średnia unijna i przypominał, że Słowacja niedawno podniosła CIT do 24 proc. Twierdzi też, że zaproponowane zmiany bilansują się i są neutralne dla budżetu. Rachunek może jednak wyjść inaczej. Ekonomista Łukasz Kozłowski oszacował skutek finansowy samej podwyżki CIT na ok. 8,6 mld zł rocznie (na bazie danych za 2024 rok), a więc wyraźnie powyżej ubytku po stronie PIT. Analitycy mBanku ocenili wpływ całego pakietu na gospodarkę jako w przybliżeniu zerowy. W praktyce oznacza to transfer obciążeń z pracowników na sektor przedsiębiorstw, który już dziś nie ocenia polskiego systemu podatkowego najlepiej - w rankingu International Tax Competitiveness Index Polska zajęła 35. miejsce na 38 krajów OECD. Doświadczenia z ubiegłorocznej podwyżki CIT dla banków pokazują też, w którą stronę pójdzie argumentacja biznesu. Organizacje pracodawców przekonywały wtedy, że wyższa danina nałożona na spółki nie zostaje w spółkach, tylko wraca do klientów w cenach usług i do akcjonariuszy w niższych dywidendach. Tym razem lista podmiotów objętych podwyżką jest znacznie dłuższa niż sam sektor finansowy.
Ostatnie słowo nie należy jednak ani do premiera, ani do ministra finansów. Ustawa ma trafić do parlamentu do końca września, a potem wymaga podpisu prezydenta Karola Nawrockiego, który wcześniej zawetował już ustawę paliwową. Pytany o to Tusk sam przypomniał ten precedens. Zapowiedziana w środę podwyżka progu jest więc na razie deklaracją polityczną, a nie zmianą w Dzienniku Ustaw. Cztery lata bez waloryzacji skali podatkowej pokazały, jak kosztowne bywa odkładanie takich decyzji na później.