Jeden ETF na cały świat, poduszka i część aktywna. Jak inwestuje makler z 20-letnim stażem
90 procent portfela w aktywach ryzykownych i tylko jeden fundusz w części pasywnej - tak wygląda portfel człowieka z licencją maklera papierów wartościowych i dwiema dekadami doświadczenia na rynku. Artur Wiśniewski, autor bloga Stockbroker i zwolennik inwestowania pasywnego, w rozmowie na kanale Biznes Info zdradza konstrukcję swojego portfela. A przy okazji formułuje tezę, która wielu doradcom zjeżyłaby włosy na głowie: lepiej zacząć inwestować zupełnie bez planu, niż w nieskończoność odkładać start.
Jest coś rozbrajającego w tym, że makler papierów wartościowych z dwudziestoletnim stażem, zapytany o receptę na dobry początek, nie zaczyna od strategii, analizy ani planu. Zaczyna od czegoś dokładnie odwrotnego. I to jest chyba najciekawsze - że po dwóch dekadach na rynku dochodzi się do wniosków znacznie prostszych, niż podpowiadałaby intuicja początkującego.
Zacznij bez planu, ale małymi kwotami
„Wszyscy powtarzają, że zanim zaczniesz inwestować, musisz mieć strategię” - to zdanie zna każdy, kto choć raz otarł się o temat giełdy. I to zdanie, jak zauważa Wiśniewski, blokuje ogromną liczbę ludzi. Bo pojawia się natłok pytań: nie znam się na analizie, nie wiem, czy spółka jest za droga, czy będzie krach, czy będzie bieda. W efekcie decyzja o starcie odkłada się w nieskończoność.
Artur Wiśniewski przecina ten węzeł tezą, którą sam nazywa kontrowersyjną: lepiej zacząć inwestować małe kwoty zupełnie bez planu, totalnie na oślep, ryzykując, że się wyłożymy, niż w nieskończoność odkładać inwestowanie. Sam tak właśnie zaczynał - bez żadnej strategii - i przypuszcza, że to przypadek bardzo wielu osób.
Jest przy tym jedno istotne zastrzeżenie. Jego własnym błędem było to, że inwestował duże kwoty zamiast małych - i tego akurat odradza. Sens polega na tym, żeby na własnej skórze, „w boju”, wyrobić sobie zdanie o tym, co nam pasuje, popełnić tanie błędy na małych sumach i nie musieć powtarzać ich później, gdy w grę wejdą już poważne oszczędności. Argument jest brutalnie prosty: realne pieniądze, nawet niewielkie, sprawiają, że zupełnie inaczej odczuwamy to, co dzieje się na rynku. Inwestowanie „na sucho”, na wirtualnym rachunku, tego nie nauczy.
Dopiero po tym zastrzeżeniu pojawia się właściwa rekomendacja - i tu Wiśniewski jest już całkowicie ortodoksyjny. W pierwszej kolejności warto rozważyć podejście pasywne: kupić szeroko zdywersyfikowany portfel spółek i trzymać. Dopiero w drugim kroku, jeśli to okaże się niewystarczające, sięgać po inwestowanie aktywne.
Trzon pasywny i jeden ETF
Jak ta filozofia przekłada się na jego własny portfel? Fundamentem jest coś, co Wiśniewski poleca każdemu jako punkt wyjścia - poduszka finansowa, oparta w jego przypadku na obligacjach skarbowych. To nie jest część inwestycyjna w ścisłym sensie, tylko zabezpieczenie, które pozwala resztę portfela prowadzić spokojniej i bardziej ryzykownie. Jak podkreśla, potwierdzają to nie tylko jego osobiste doświadczenia, ale i badania.
Trzon części właściwej, pasywnej, stanowi jeden fundusz - ETF na cały świat. Konkretnie Vanguard FTSE All-World, wybrany swego czasu dlatego, że gdy zaczynał, był najkorzystniejszy. Co ważne, Wiśniewski od razu odczarowuje przywiązanie do konkretnej nazwy. Dziś ten fundusz ma świetnych, tańszych konkurentów - wymienia ETF-y od Amundi i Invesco jako godne polecenia - i podkreśla, że to, czy będzie to akurat Vanguard, iShares czy inny dostawca, nie ma większego znaczenia. Liczy się konstrukcja, nie logo.
To zresztą spójne z tym, jak Wiśniewski opisuje ewolucję rynku. Dekadę temu dostęp do zagranicznych akcji miały nie wszystkie domy maklerskie, a wybór ETF-ów był symboliczny. Dziś portfel pasywny naprawdę może składać się z jednego, jedynego instrumentu - a to, co dokładnie jest w środku, może wyglądać bardzo różnie.
Część aktywna - po co komu timing?
Skoro pasywny trzon załatwia sprawę jednym funduszem, po co w ogóle część aktywna? Tu Wiśniewski jest rozbrajająco szczery co do własnych motywacji. Część aktywna stanowi dziś mniejszość jego portfela - choć, jak zaznacza, gdy zaczynał inwestowanie, inwestował wyłącznie aktywnie, i dopiero z czasem część pasywna urosła do większości.
W części aktywnej przeważa Polskę, złoto, ma trochę bitcoina, rynki wschodzące i spółki value. Ogranicza się przy tym głównie do ETF-ów - kiedyś bywały to też pojedyncze akcje, ale przyznaje wprost, że dziś „trochę mu się nie chce i trochę brakuje czasu”, żeby timingowo śledzić poszczególne spółki. Decyzje opiera na podążaniu za trendem, w duchu kryteriów opisanych w książce Gary’ego Antonacciego „Dual Momentum”. Choć portfel jest rozproszony, jak zapewnia - nie jest to chaos, lecz przemyślany zamysł.
Najciekawsza jest jednak jego odpowiedź na pytanie, po co to wszystko, skoro sam przyznaje, że aktywne zarządzanie wcale nie musi dać lepszego wyniku niż prosty portfel pasywny. Bywały okresy, kiedy nawet skuteczny inwestor aktywny miał pecha i lepiej wychodził na prostych portfelach pasywnych. Powód, dla którego Wiśniewski i tak prowadzi część aktywną, jest przede wszystkim behawioralny: chodzi o poczucie, że reaguje na to, co dzieje się na rynku. To - paradoksalnie - pomaga mu zachować spokój w ujęciu całościowym. Świadomość, że może dołożyć sobie więcej rynków wschodzących czy Polski, gdy widzi ku temu sygnały, zdejmuje presję z całej reszty portfela.
Uczciwie dodaje przy tym, że dla wielu osób - tych mających mniej czasu i mniej cierpliwości do konsekwencji - część aktywna wcale nie będzie dobrym pomysłem. Dla nich lepszym rozwiązaniem może być po prostu dołożenie do globalnego portfela odrobiny innych rynków i pozostawienie reszty w spokoju.
Czy „cały świat ważony kapitalizacją” to na pewno przepis na sukces?
Na koniec wątek, który Wiśniewski traktuje jako swego rodzaju misję - uczulanie inwestorów na ryzyko, które w hossie łatwo przeoczyć. Bo najczęstsza rada, jaką słyszy każdy początkujący, brzmi: kup ETF na cały świat ważony kapitalizacją. Im większa spółka, tym większą wagę ma w portfelu. Wiśniewski sam takiej rady regularnie udziela - ale z ważnym zastrzeżeniem.
Problemem jest koncentracja. Obecnie top dziesięć spółek to około czterdziestu procent indeksu S&P 500 - poziomu tak wysokiego nie widziano od lat sześćdziesiątych. To słynna Wspaniała Siódemka (Magnificent Seven) i spółka. Portfel „na cały świat” w praktyce oznacza więc bardzo silne postawienie na garstkę amerykańskich gigantów.
Żeby pokazać, dlaczego to ryzykowne, Wiśniewski sięga po historię - straconą dekadę lat 2000-2010. W tamtym czasie amerykański rynek zachowywał się fatalnie, przez portfele przetoczyły się dwie bessy, a po dziesięciu latach inwestorzy „wyszli na zero”. Jak ocenia, większość rzuciłaby wtedy ręcznikiem. I dorzuca detal, który wielu zaskoczy: gdy spojrzy się na dane Bloomberga o najpopularniejszych funduszach z lat 2005-2010, w pierwszej dziesiątce według napływów nie było ani jednego funduszu na USA, na rynki rozwinięte czy na cały świat. Mówiło się wtedy, że „Stany się skończyły”, a kapitał płynął na rynki wschodzące, w tym do Polski.
Wniosek nie jest taki, żeby uciekać od globalnych ETF-ów - tylko żeby mieć świadomość ryzyka. Historia nie stanowi gwarancji na przyszłość, a to, że przez ostatnich kilkanaście lat Stany radziły sobie znakomicie, nie oznacza, że kolejnej straconej dekady nie będzie. Na szczęście, jak zauważa Wiśniewski, powstają alternatywy: ETF-y o równych wagach czy pierwszy w historii fundusz ważony udziałem poszczególnych rynków w globalnym PKB, gdzie dwie trzecie przypada rynkom rozwiniętym, a jedna trzecia wschodzącym. Pasywny portfel wciąż może być prosty - ale nie musi oznaczać ślepego postawienia wszystkiego na jedną kartę.