Fala chińskiego importu uderza w Polskę. Kolejny producent AGD szykuje masowe zwolnienia
Kolejna firma produkcyjna szuka oszczędności i planuje redukcję załogi. Z pracą docelowo ma się pożegnać nawet 200 osób. Głośne problemy branży AGD to wyraźny sygnał, że unijny przemysł odczuwa silną presję ze strony tańszej konkurencji z Azji.
Rynek pracy traci oddech. Dlaczego europejski przemysł doświadcza problemów?
Polski rynek pracy od kilkunastu miesięcy wysyła bardzo niepokojące sygnały ostrzegawcze, dobitnie wskazując na postępujące ochłodzenie koniunktury gospodarczej. Choć stopa bezrobocia w skali makroekonomicznej na pierwszy rzut oka wciąż prezentuje się solidnie, to dynamika negatywnych zjawisk budzi uzasadniony lęk analityków.
Dane Głównego Urzędu Statystycznego odnotowują wzrost liczby osób rejestrujących się w urzędach jako poszukujące zatrudnienia w porównaniu z poprzednimi latami. Dynamika ta powoli, ale skutecznie nakreśla nowy trend na rodzimym rynku. O ile jeszcze niedawno to wykwalifikowani specjaliści dyktowali warunki finansowe, o tyle dziś w niektórych sektorach to pracodawcy zyskują silniejszą pozycję w kwestii otwierania kolejnych rekrutacji. Czy to ostateczny koniec rynku pracownika? Sytuacja jest zróżnicowana.
W usługach IT, branży e-commerce, nowoczesnej medycynie czy sektorze finansowym perspektywy zależą w dużej mierze od konkretnego segmentu rynku. Zgoła inaczej prezentuje się krajobraz w tradycyjnym przemyśle. Rodzime fabryki zmagają się z całą serią niekorzystnych zjawisk, które krok po kroku drenują ich budżety. Rosnące koszty energii elektrycznej, odgórnie ustalane wzrosty płacy minimalnej oraz niesłabnąca presja inflacyjna sprawiają, że produkcja w Polsce staje się po prostu coraz mniej opłacalna.

Dodatkowym czynnikiem ryzyka jest globalna konkurencja. Europejskie rynki doświadczają napływu tanich produktów z Chin, które stanowią silną konkurencję cenową dla rodzimych wyrobów. W tak niesprzyjających warunkach utrzymanie dotychczasowej załogi staje się dla wielu przedsiębiorstw matematycznie niemożliwe. Szukając ratunku, zarządy decydują się na drastyczne kroki. Cięcie kosztów operacyjnych zazwyczaj rozpoczyna się od funduszu wynagrodzeń, co prowadzi do nieuniknionej redukcji etatów.
Cięcie etatów w świetle prawa. Optymalizacja kosztów czy cichy dramat załogi?
Kiedy firma ostatecznie znajduje się pod finansową ścianą, najczęściej sięga po zwolnienia grupowe. Jest to sformalizowany proces redukcji etatów, niezwykle rygorystycznie i bardzo szczegółowo uregulowany w polskim Kodeksie pracy. Procedura ta uruchamia się automatycznie, gdy przedsiębiorca zatrudniający powyżej dwudziestu osób decyduje się na rozwiązanie stosunku pracy z określoną ustawowo grupą podwładnych w zaledwie trzydziestodniowym okresie. Jak ten mechanizm wygląda od kuchni? Przeprowadzenie takiej operacji wymaga od działów kadr spełnienia wielu skomplikowanych wymogów formalnych.
Mowa chociażby o absolutnym obowiązku wcześniejszych, wyczerpujących konsultacji ze związkami zawodowymi, które z reguły twardo negocjują warunki rozstania. Przedsiębiorca ma też prawny obowiązek informowania powiatowych urzędów pracy o skali cięć, by lokalny rynek zawczasu przygotował się na nagły napływ bezrobotnych. Co więcej, firma musi obowiązkowo wypłacić zwalnianym ustawowe odprawy, których finalna wysokość jest ściśle zależna od stażu pracy w danej organizacji.
Ponieważ zwolnienia grupowe w klasycznym wydaniu generują potężne koszty wizerunkowe i uciążliwe obciążenia administracyjne, wiele podmiotów wybiera dziś inną, dyskretniejszą drogę. To tak zwany program dobrowolnych odejść, czyli mechanizm pozwalający na obniżenie zatrudnienia z inicjatywy pracodawcy, lecz za zgodą pracownika.
Polega on na polubownym rozwiązaniu umowy za obopólnym porozumieniem stron, najczęściej w zamian za nieco lepszy pakiet odpraw lub dodatkowe premie finansowe za szybką decyzję. Z perspektywy zachodniej korporacji to opcja zdecydowanie bezpieczniejsza, dająca dużą elastyczność w bezkonfliktowej likwidacji wakatów. Dla gospodarki skutki tych zjawisk są jednak złożone, choć część miejsc pracy ulega likwidacji, zwalniani często znajdują nowe zatrudnienie, a w regionach pojawiają się również nowe inwestycje.

Jednym z najświeższych i zarazem najbardziej dobitnych przykładów opisywanych wyżej zjawisk rynkowych jest napięta sytuacja panująca obecnie w opolskim zakładzie Diehl Controls. Ten potężny niemiecki gigant technologiczny, na co dzień specjalizujący się w projektowaniu oraz masowej produkcji zaawansowanych układów elektronicznych dla branży AGD, to od wielu lat absolutnie najważniejszy pracodawca w Namysłowie.
Zobacz też: Odwołanie z urlopu przez pracodawcę? Te prawa przysługują pracownikowi
Diehl Controls pod ścianą. Pracownicy już zaczęli odchodzić, a ma być tego więcej
Fabryka w Namysłowie, ściśle zaopatrująca między innymi europejskie zakłady renomowanego koncernu Bosch, zatrudniała do niedawna blisko dziewięćset osób. Niestety, władze spółki ostatecznie potwierdziły narastające w regionie plotki o uruchomieniu obszernego programu dobrowolnych odejść. Docelowo ten krok oszczędnościowy może objąć nawet dwadzieścia procent całej namysłowskiej załogi. Oznacza to jednoznacznie, że z tą kluczową dla gospodarki całego regionu fabryką pożegna się wkrótce od 150 do nawet 200 doświadczonych pracowników.
Związkowcy od wielu tygodni głośno podkreślają, że choć w świetle prawa nie są to klasyczne zwolnienia grupowe, to rzeczywista skala redukcji jest dla średniej wielkości miasta wręcz porażająca. Namysłów zaledwie niedawno przeżył potężny wstrząs po ostatecznym zamknięciu lokalnego, zabytkowego browaru, który przez wiele dekad dawał bezpieczne zatrudnienie setkom rodzin i zasilał kasę samorządu.
Z obecnego programu odejść w spółce Diehl Controls skorzystało do tej pory już blisko 60 osób, a kolejne, zaplanowane redukcje trwają w podzielonych, comiesięcznych transzach, co ma w teorii złagodzić wywołany szok. Ta decyzja wynika bezpośrednio z presji ze strony tanich, azjatyckich rywali oraz drastycznie wysokich kosztów utrzymania rentowności fabryk w Europie, na co regularnie zwracają uwagę media branżowe.
Programy dobrowolnych odejść, choć opierają się na porozumieniu, wymagają od pracowników przystosowania się do nowej sytuacji zawodowej i finansowej. Zmiany te wpłyną na lokalną gospodarkę, jednak należy zauważyć, że równolegle w regionie pojawiają się nowi inwestorzy, którzy mogą zaoferować alternatywne miejsca pracy.