Tankowanie znowu będzie droższe. Rosja może dyktować warunki, kierowcy to odczują
Informacje o zerwanych negocjacjach pokojowych błyskawicznie przełożyły się na nastroje inwestorów na globalnych rynkach surowcowych. Choć jeszcze niedawno nadzieja na dyplomatyczny przełom w konflikcie rosyjsko-ukraińskim dawała złudne poczucie stabilizacji, rzeczywistość okazała się brutalna dla konsumentów paliw. Nagłe odbicie cen czarnego złota to sygnał, że okres relatywnie taniego tankowania może przejść do historii szybciej, niż zakładali analitycy.
- Globalny rynek ropy pozostawał w zawieszeniu
- Energetyczna kroplówka dla budżetu Kremla
- Nadzieje na tańsze tankowanie pogrzebane w dwie godziny
Globalny rynek ropy pozostawał w zawieszeniu
Globalny rynek ropy naftowej od miesięcy funkcjonował w specyficznym zawieszeniu, karmiąc się scenariuszami zakładającymi rychłe zakończenie działań wojennych za naszą wschodnią granicą. Jeszcze pod koniec ubiegłego roku oraz w pierwszych tygodniach 2026 roku notowania ropy typu Brent (europejski punkt odniesienia dla cen surowca) oscylowały w granicach 60 dolarów za baryłkę.
Były to poziomy nienotowane od 2021 roku, co dawało nadzieję na trwałe obniżenie kosztów transportu i energii. Tak niska wycena wynikała bezpośrednio z optymizmu dyplomatycznego – rynek „wyceniał pokój”, dyskontując potencjalne zwiększenie podaży i normalizację szlaków handlowych.

Niestety, fundamenty tej wyceny okazały się niezwykle kruche, co pokazały ostatnie wydarzenia w Szwajcarii. Warto zauważyć, że korelacja między doniesieniami z frontu dyplomatycznego a cenami na pylonach stacji paliw jest niemal natychmiastowa w przypadku kontraktów terminowych.
Inwestorzy, obawiając się przedłużającej się niestabilności w regionie wydobywczym, zaczęli masowo odkupować pozycje, co pchnęło krzywą cenową w górę. Dla przeciętnego odbiorcy oznacza to koniec marzeń o paliwie za mniej niż sześć złotych, gdyż marże rafineryjne i koszty zakupu gotowych produktów naftowych podążają śladem surowej ropy.

Sytuacja jest o tyle skomplikowana, że Rosja, mimo nałożonych restrykcji, wciąż pozostaje kluczowym graczem wpływającym na globalny bilans energetyczny. W grudniu rosyjskie firmy zmuszone były sprzedawać surowiec do Chin oraz Indii z ogromnym dyskontem (różnicą między ceną rynkową a ceną sprzedaży), dochodzącym nawet do 40 dolarów za baryłkę.
Taka polityka cenowa była desperacką próbą utrzymania płynności finansowej w obliczu sankcji, jednak obecny wzrost cen rynkowych pozwala Kremlowi częściowo zniwelować te straty, co bezpośrednio finansuje dalsze działania militarne i oddala perspektywę porozumienia.
Energetyczna kroplówka dla budżetu Kremla
Analizując przyczyny braku elastyczności Rosji w rozmowach pokojowych, nie sposób pominąć struktury dochodów tamtejszego państwa. Z danych rosyjskiego Ministerstwa Finansów opublikowanych w styczniu wynika, że udział wpływów z podatków od spółek energetycznych w budżecie za 2025 rok był najniższy od dwóch dekad.
Łącznie sektor ten przyniósł 8,5 biliona rubli, co stanowiło zaledwie 23 proc. wszystkich dochodów państwa. Ten statystyczny zjazd był efektem dwóch nakładających się zjawisk: z jednej strony sankcje realnie ograniczyły możliwości zbytu, a z drugiej – ubiegłoroczne ceny ropy na rynkach światowych notowały bolesne dla eksporterów minima.
Paradoksalnie, to właśnie to finansowe osłabienie stało się paliwem do usztywnienia stanowiska negocjacyjnego. Wzrost cen ropy, wywołany zerwaniem rozmów w Genewie, jest dla rosyjskiego budżetu niczym ożywcza kroplówka. Każdy dolar więcej na baryłce to miliardy rubli dodatkowych wpływów, które pozwalają łatać deficyt powstały w wyniku sankcji i ogromnych wydatków zbrojeniowych.

Rosyjskie koncerny, które wcześniej musiały godzić się na upokarzające upusty dla azjatyckich partnerów, teraz zyskują argument do renegocjacji stawek lub przynajmniej poprawy rentowności przy obecnych wolumenach sprzedaży.
Zależność budżetu Rosji od cen surowców energetycznych (ropno-gazowych) jest kluczowa dla zrozumienia dynamiki konfliktu. Kiedy ropa Brent kosztuje powyżej 70-80 dolarów, Kreml czuje się bezpiecznie i nie widzi potrzeby ustępstw. Dlatego też brak sukcesu w Genewie jest scenariuszem, na którym – w krótkim terminie – budżet rosyjskiego agresora paradoksalnie zyskuje. Inwestorzy giełdowi doskonale to rozumieją, dlatego każda informacja o fiasku negocjacji jest interpretowana jako zapowiedź dłuższego konfliktu, co automatycznie podbija premię za ryzyko geopolityczne w cenie paliwa.
Zobacz też: Polacy nie mogą kupić pelletu. Rząd uspokaja: Kryzysu nie ma
Nadzieje na tańsze tankowanie pogrzebane w dwie godziny
Największym rozczarowaniem dla obserwatorów rynku okazał się jednak sam przebieg i tempo negocjacji. Rozmowy pokojowe w Genewie, które miały być szansą na przełom i uspokojenie nastrojów, zakończyły się zaledwie po dwóch godzinach. Tak błyskawiczne fiasko spotkania pokazuje, jak ogromna przepaść dzieli obie strony i jak nierealne były oczekiwania rynku dotyczące szybkiego zakończenia wojny. Droga do trwałego pokoju między Ukrainą a Rosją jest wciąż bardzo daleka, a każda nieudana próba dialogu tylko pogłębia niepewność, która jest najgorszym wrogiem stabilnych cen na giełdach towarowych.
Konsekwencje tego dyplomatycznego paraliżu odczujemy wszyscy przy dystrybutorach. Rynek ropy naftowej nie znosi próżni, a brak perspektyw na deeskalację oznacza powrót do polityki gromadzenia zapasów i zabezpieczania dostaw przed ewentualnymi dalszymi zakłóceniami. Analitycy wskazują, że jeśli trend wzrostowy się utrzyma, cena baryłki może szybko powrócić w okolice 80-90 dolarów, co w połączeniu z kursem dolara może wywołać falę podwyżek cen benzyny i oleju napędowego w całej Europie, w tym oczywiście w Polsce.