Ponad 1300 hałd. Czy śląskie zwały to ukryte złoże, czy tylko dobrze sprzedająca się opowieść?
Hałdy żużla hutniczego, które od stu lat leżą na Śląsku, powstawały w czasach, gdy o połowie zawartych w nich pierwiastków nauka jeszcze nie wiedziała. Dziś słyszymy, że to ukryte bogactwo - polskie eldorado surowcowe czekające na eksploatację. Zapytałem człowieka, który buduje na tym firmę, ile w tym realnej geologii, a ile marketingu. Odpowiedź była zaskakująco chłodna.
Andrzej Kensbok, wiceprezes grupy Virtus, były prezes Polskiej Grupy Zbrojeniowej i wcześniej członek zarządu KGHM Polska Miedź, w „Rozmowach Wartościowych" na kanale Biznes Info tłumaczył, jak wygląda odzysk metali krytycznych z odpadów. I przy okazji dość systematycznie rozbrajał entuzjazm, który wokół tego tematu narósł.
Hałda to złoże. Ze wszystkimi konsekwencjami tego zdania
Pierwsza rzecz, którą trzeba zrozumieć: hałdy traktuje się dokładnie tak samo jak złoże geologiczne.
Co to oznacza w praktyce? Trzeba zbadać zasobność. Hałdę należy opróbkować, czyli - jak mówią geolodzy - rozwiercić, pokryć siatką wierceń, w których określa się jej mineralizację. Dopiero wtedy wiadomo, z czym mamy do czynienia.
I tu pojawia się pierwsza komplikacja. Mineralizacja hałdy z reguły jest nierówna. Bywa tak, że jedne jej części zawierają więcej minerałów, inne mniej. Zdarza się - i to scenariusz kosztowny - że najlepsza mineralizacja znajduje się na samym spodzie, w najstarszych warstwach.
Wtedy sytuacja zaczyna przypominać górnictwo odkrywkowe. Pojawia się klasyczne pytanie z podręcznika: czy warto zdejmować nadkład, żeby dostać się do bogatszych pokładów? „Tutaj logika górnicza ma pełne zastosowanie" - podsumowuje Kensbok.
Cała ekonomika przedsięwzięcia rozstrzyga się więc na etapie, o którym w medialnych opowieściach o hałdach zwykle się nie wspomina. Zanim ktokolwiek zarobi złotówkę, trzeba wydać pieniądze na wiercenia i badania - dokładnie tak, jak w tradycyjnym górnictwie. Z tą różnicą, że tutaj nikt nie ma pewności, co znajdzie, bo materiał trafił na zwał przypadkiem, a nie w wyniku planowanej eksploatacji.
Cztery pierwiastki odkryte pod Ząbkowicami. I sto lat zaniedbania
Skąd w ogóle pomysł, że w hałdach może być coś wartościowego? Odpowiedź jest brutalnie prosta: bo sto lat temu nikt tego nie szukał.
Kensbok przypomina, że Europa - a szczególnie ta zachodnio-centralno-północna, w której jesteśmy - jest uprzemysłowiona od stu pięćdziesięciu, dwustu lat. Nawet pięćdziesiąt czy sto lat temu funkcjonowało tu bardzo dobrze rozwinięte hutnictwo. Mamy więc hałdy żużla hutniczego, które mają sto lat.
A technologia hutnicza sto lat temu była zupełnie inna niż dzisiaj. W związku z tym na tych hałdach na pewno nie odzyskiwano pierwiastków, o których albo w ogóle nie wiedziano, że istnieją, albo które po prostu nie były przedmiotem zainteresowania. Były może ciekawostką.
Jako ilustrację Kensbok przywołuje historię, o której w Polsce mówi się zdumiewająco rzadko. W gminie Ząbkowice Śląskie, dzięki działalności tamtejszych kopalni i hut, odkryto cztery wcześniej nieznane pierwiastki. Metalurdzy i chemicy zidentyfikowali je tam po raz pierwszy - jakieś sto, sto dziesięć czy sto dwadzieścia lat temu.
To dobra anegdota, ale też coś więcej. Pokazuje, że polskie hałdy nie są przypadkowym gruzem, tylko zapisem konkretnej historii przemysłowej - i że materiał, który wtedy uznano za bezwartościowy, mógł zawierać pierwiastki, których nazw jeszcze nie znano.
Optymista, realista i kawaleryjska wycena
Zapytałem mojego gościa wprost o skalę potencjału polskich hałd, zaznaczając, że wielu jego branżowych kolegów opowiada o tym w kategoriach niemal cudownych - że jak zaczniemy eksploatować zwały, to KGHM będzie mógł przestać wydobywać.
Odpowiedź była jednoznaczna i szła pod prąd tym oczekiwaniom. „To na pewno nie zastąpi górnictwa rodzimego" - mówi wiceprezes Virtusa. I dodaje coś, czego raczej nie usłyszymy od kogoś, kto próbuje sprzedać inwestorom wizję: górnictwo pozyskujące surowce z ziemi powinno jak najbardziej być nadal rozwijane, a odzysk z hałd widzi raczej jako uzupełnienie strumienia metali.
Najciekawszy fragment całej rozmowy dotyczy jednak tego, jak wycenia się potencjał hałdy - i dlaczego większość takich wycen jest wartych mniej niż papier, na którym je wydrukowano.
Kensbok opisuje to jako różnicę między optymistą a realistą. Optymista weźmie najlepszy wynik próbkowania, jaki ma, przemnoży go przez cały tonaż hałdy, potem przemnoży przez najwyższe notowanie tego metalu na giełdzie w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy - i powie, że tyle to jest warte. „To jest takie bardzo optymistyczne, kawaleryjskie podejście".
Warto się przy tym zatrzymać, bo w tym jednym zdaniu zawiera się mechanizm większości nadmuchanych projektów surowcowych, jakie widzieliśmy na rynku. Najlepsza próbka zamiast średniej. Cały tonaż zamiast części nadającej się do eksploatacji. Szczyt notowań zamiast ceny realnej. Trzy założenia, z których każde osobno jest optymistyczne, a razem dają liczbę oderwaną od rzeczywistości o rząd wielkości.
Podejście Grupy Virtus - przynajmniej deklarowane - jest inne. Liczy się to, co realnie można zmierzyć: zawartość pierwiastków, efektywność ich odzyskania (która nigdy nie jest stuprocentowa), koszty logistyki i przestrzegania przepisów ochrony środowiska.
Metal, który wymaga jeszcze jednej rafinacji
Jest jeszcze jeden czynnik, który Kensbok wymienia i który w entuzjastycznych opowieściach o hałdach znika najczęściej: dyskonto, z jakim odzyskany metal będzie sprzedawany.
Rzecz w tym, że produkt wychodzący z instalacji odzyskowej nie będzie metalem o czystości rzędu 99,99 procent. „To będzie pewnie metal, który będzie wymagał jeszcze kolejnej rafinacji" - mówi wiceprezes Virtusa. A to oznacza, że nie sprzedamy go po cenie giełdowej, tylko po cenie giełdowej minus koszt doprowadzenia go do standardu.
Mimo tych wszystkich zastrzeżeń Kensbok konkluduje, że jest to proces rentowny i opłacalny. Trudno jednak nie zauważyć, że to jedyne zdanie w całym tym fragmencie, które nie zostało podparte żadną liczbą. Wszystkie ograniczenia zostały wyliczone precyzyjnie i uczciwie. Sama rentowność pozostaje deklaracją.
To nie zarzut - firma na etapie przeduruchomieniowym rzadko ujawnia model finansowy. Ale czytelnik powinien mieć świadomość, gdzie kończy się opis technologii, a zaczyna zapowiedź.
Ponad tysiąc trzysta hałd to liczba, która w Polsce funkcjonuje jako coś oczywistego. Nasze zwały - głównie oczywiście na Śląsku - są elementem krajobrazu i lokalnej tożsamości. Pytanie, ile z nich zostało kiedykolwiek zbadanych pod kątem geologicznym, pozostało w rozmowie bez konkretnej odpowiedzi.
I to chyba najważniejszy wniosek. Nie mamy dziś publicznie dostępnej mapy zasobności polskich hałd. Bez niej każda dyskusja o „ukrytym bogactwie Śląska" jest dyskusją o hipotezie, a nie o zasobie. Sam Kensbok zresztą, opisując metodologię, wskazuje kolejność: najpierw siatka wierceń, potem określenie mineralizacji, dopiero potem metoda urobku i wybór technologii.
Odpowiedź na pytanie z tytułu brzmi więc: prawdopodobnie jedno i drugie. Hałdy realnie zawierają metale, których sto lat temu nikt nie odzyskiwał, a technologie pozwalające je stamtąd wyciągnąć istnieją i działają - Kensbok wskazuje Chiny i Chile. Ale skala tego zasobu jest dziś w Polsce nieznana, a każda liczba, którą usłyszymy w najbliższych latach, będzie wymagała sprawdzenia, czy nie powstała metodą kawaleryjską.