Na wykresie krach to tylko ząbek. Gdy jesteś w jego środku, czujesz że to koniec
Każdy wykres z ostatniego stulecia mówi to samo: spadki były przejściowe, a rynek zawsze wracał wyżej. Grzegorz Zalewski uważa, że to najbardziej mylące zdanie w inwestowaniu. Wykres nie zapisuje bowiem tego, co ludzie słyszeli i czuli, będąc w środku bessy.
Kryzys, który miał zostać w USA
Kiedy z amerykańskiego rynku hipotecznego zaczęły płynąć pierwsze niepokojące sygnały, na warszawskim parkiecie dominowała jedna narracja.
Pojawiły się pierwsze komentarze komentatorów i analityków, przedstawicieli giełdy również, że nie ma się czego obawiać, bo w gruncie rzeczy to jest problem amerykański
- wspomina Grzegorz Zalewski, ekspert Domu Maklerskiego BOŚ obecny na rynku od ponad trzech dekad. Jakieś tam nieruchomości, jakieś tam banki. Europa zdrowa, Polska zdrowa.
W ujęciu czysto makroekonomicznym ta diagnoza częściowo się obroniła. Rynkowo rozpadła się w kilka miesięcy. Okazało się, że amerykańskie papiery hipoteczne ma w bilansie zarówno Deutsche Bank, jak i część polskich funduszy. Hossa małych i średnich spółek, u nas nazywana hossą misiów, skończyła się nie z powodu krajowych fundamentów, tylko dlatego, że giełdy są globalnie połączone.
Mechanizm, który to umożliwił, Zalewski streszcza jednym zdaniem: „Tam były FFF, które się zmieniały w EEE, które się zmieniały w DDD i na końcu były A”. Chodzi o proces przepakowywania kredytów hipotecznych najgorszej jakości w instrumenty z najwyższym ratingiem inwestycyjnym. Nabywca kupował papier z oceną AAA, czyli teoretycznie najbezpieczniejszą z możliwych, a w środku miał zobowiązania ludzi, którzy nigdy nie powinni byli dostać kredytu. Kiedy to wyszło na jaw, reakcja była paniczna nie dlatego, że rynek stracił kilkanaście procent, ale dlatego, że przestał wiedzieć, co właściwie trzyma. W tych ostatnich miesiącach spadków pojawia się już nie kalkulacja, tylko pytanie, czy rynek finansowy w ogóle przetrwa w dotychczasowej formie.
Marzec 2013 i gwarancje, które przestały być pewne
Znacznie ciekawszy od samego 2008 roku jest jednak epizod, o którym rynek zdążył zapomnieć. W marcu 2013 roku cypryjskie władze porozumiały się z Eurogrupą i Międzynarodowym Funduszem Walutowym w sprawie jednorazowej daniny od depozytów bankowych, która miała przynieść 5,8 mld euro [rp.pl, marzec 2013]. W pierwotnej wersji planu podatek obejmował także depozyty poniżej 100 tys. euro, czyli te formalnie objęte gwarancjami.
„To ogłoszenie zaowocowało tym, że polskie banki i europejskie banki spadły po kilka, kilkanaście procent na jednej sesji” - mówi Zalewski.
Notowania z tamtego tygodnia pokazują skalę mniejszą, niż zapamiętał ją nasz gość: WIG20 stracił w poniedziałek 1,3 proc., Nikkei 225 zamknął się 2,7 proc. na minusie, a rosyjski RTS spadł o 3,3 proc. [rp.pl, marzec 2013]. Różnica między wspomnieniem a wykresem jest tu jednak drugorzędna, bo istotne było co innego. Chodziło o zburzenie zaufania do czegoś, w co się po prostu wierzy.
Zalewski przywołuje rozmowę z zamożnym inwestorem, którą odbył wkrótce po tym wydarzeniu.
„Rozdzielam swoje pieniądze. Po prostu przekładam je do mnóstwa banków. Jestem tym zmęczony, bo no w tym 100 000, w tym 100 000 i w tym 100 000, żeby nigdzie nie było dużo”.
Człowiek, który przez lata traktował limit gwarancji jako abstrakcję, nagle zaczął układać wokół niego całą logistykę swoich oszczędności. Skoro europejski kraj posunął się do takiego ruchu, pytanie brzmiało już nie „czy to możliwe”, tylko „gdzie następnym razem”.
Ząbek na wykresie, którego część ludzi nie przeżyła
Najlepszym testem tej tezy jest marzec 2020 roku. Z dzisiejszej perspektywy pandemiczny krach to krótkie szarpnięcie, po którym nastąpiło gwałtowne odbicie i początek trwającej do dziś hossy. W czasie rzeczywistym wyglądało to inaczej, o czym przypomina prowadzący rozmowę. Nikt wtedy nie zastanawiał się nad łapaniem spadających noży, bo pierwsze doniesienia z Włoch były katastrofalne, a pytania dotyczyły raczej tego, czy w ogóle wychodzić z domu.
Zalewski dorzuca do tego argument, którego nie ma na żadnym wykresie.
Znowu ktoś może powiedzieć: no tak, z długoterminowej perspektywy ta pandemia to jest tylko ząbek. Nie dla tych, którzy nie przeżyli, nie dla tych, którzy ponieśli uszczerbek na zdrowiu, również długoterminowy.
Mówi to o sobie, bo do dziś boryka się z następstwami zakażenia. Ten sam okres, który w statystyce indeksu zajmuje kilka miesięcy, w życiu części uczestników rynku został na stałe.
Dlaczego wspomnienie krachu jest łagodniejsze niż sam krach
Zalewski, który czyta właśnie „1929” Andrew Rossa Sorkina, zwraca uwagę, że w każdym z wielkich załamań powtarza się ten sam schemat. W „Czarodziejach rynku” Jacka Schwagera bohaterowie opisujący krach z 1987 roku mówią wprost o wycofywaniu pieniędzy z banków i ucieczce w złoto oraz obligacje. Nie chodziło o rebalansowanie portfela, tylko o ratowanie majątku przed czymś, co wydawało się rozpadem systemu.
Dlaczego więc dziś tak łatwo mówi się „przetrzymam”? Bo ludzka pamięć działa dokładnie jak wykres. „Wygładzamy złe doświadczenia, które nie są tymi ekstremalnymi doświadczeniami” - tłumaczy Zalewski. Biedne dzieciństwo po latach bywa dzieciństwem szczęśliwym. Bessa po latach jest ząbkiem.
Najlepszą ilustracją tego mechanizmu jest anegdota, którą przytacza. W szczycie kryzysu frankowego rozmawiał z osobą po siedemdziesiątce, która stwierdziła, że tak źle to jeszcze nigdy nie było. Mówił to człowiek, który przeżył komunizm, kartki i zapaść gospodarczą lat osiemdziesiątych. Nie chodziło przy tym o jego własną sytuację, tylko o medialny obraz świata, w którym raty rosły niektórym o 100 proc.
Inwestor, który dziś deklaruje trzydziestoletni horyzont i odporność na 40-procentowe obsunięcie, opiera tę deklarację na wygładzonym wspomnieniu cudzego kryzysu. Nie czytał doniesień z tamtych tygodni, nie słyszał, jak brzmiały wtedy komentarze, i nie miał wtedy własnych pieniędzy na rynku. Widział tylko linię, która po spadku wraca w górę. To dwie zupełnie różne rzeczy, a tylko jedna z nich mieści się w arkuszu kalkulacyjnym.