Koniec rządowego wsparcia dla cen paliw. Kierowcy ruszyli na stacje, doszło do interwencji służb
Ceny paliwa na stacjach benzynowych po raz kolejny stały się powodem gigantycznego zamieszania. Wygaśnięcie rządowych tarczy i wsparcia budżetowego wywołało masowy szturm kierowców na dystrybutory. W wielu miejscach puściły emocje, a nerwowa atmosfera szybko doprowadziła do nietypowych scen i interwencji służb.
Interwencja rynkowa państwa na rynku paliwowym stanowiła odpowiedź na gwałtowny wzrost cen ropy naftowej na giełdach światowych. Zapalnikiem dla mocnych skoków notowań surowca stał się konflikt zbrojny USA i Izraela z Iranem, który wybuchł na przełomie lutego i marca. Aby zamrozić wskaźnik inflacji oraz osłabić presję cenową na portfele obywateli, zdecydowano się na uruchomienie specjalnego programu Ceny Paliwa Niżej, który właśnie wygasł.
Wygasł pakiet CPN
W ramach tego mechanizmu obniżono stawkę VAT z 23 proc. do 8 proc., wprowadzono czasową obniżkę akcyzy oraz ustalono sztywne ceny maksymalne na stacjach detalicznych. Pierwsza odsłona programu funkcjonowała od końca marca do końca czerwca.
Mechanizm przywrócono następnie 17 sierpnia, a jego definitywny koniec wyznaczono na 31 sierpnia. Czy tak kosztowne wsparcie przyniosło długofalowe uspokojenie rynku?

Jak wynika z danych Ministerstwa Finansów, całkowity koszt programu CPN wyniósł około 5,2 mld zł, z czego sama sierpniowa dogrywka pochłonęła z budżetu państwa dokładnie 495 mln zł.
Sztuczne utrzymywanie cen poniżej poziomu rynkowego wygenerowało jednak potężny popyt, z którym infrastruktura stacyjna miała spory problem.
Kierowcy zapłacą więcej za paliwo
Zgodnie z przewidywaniami analityków, wygaszenie preferencyjnych stawek podatkowych natychmiast przełożyło się na stawki widoczne na pylonach. Jeszcze w poniedziałek, 31 sierpnia, w ostatnim dniu obowiązywania programu CPN, maksymalna cena benzyny Pb95 wynosiła 6,64 zł za litr.
Za benzynę Pb98 płacono 7,46 zł/l, natomiast olej napędowy kosztował 7,31 zł/l. We wtorek, wraz z powrotem do standardowej stawki VAT w wysokości 23 proc., ceny na stacjach paliw podskoczyły średnio o złotówkę na litrze.

Zatankowanie standardowego baku o pojemności 50 litrów stało się z dnia na dzień droższe o około 50 zł. To poważny cios dla budżetów domowych oraz przedsiębiorstw transportowych.
Co ciekawe, analitycy zwracają uwagę, że nagłe skoki cen paliw wywołują tzw. efekt rygla, w którym koszty transportu błyskawicznie podnoszą ceny towarów w sklepach, ale ich późniejszy ewentualny spadek nie przekłada się na tak szybkie obniżki w detalicznym handlu.
Obawa przed skokowym wzrostem wydatków sprawiła, że Polacy ruszyli na stacje w ostatniej chwili, doprowadzając do licznych zatorów. Mocno wydłużające się kolejki samochodów odnotowano w całym kraju, a wraz z nimi pojawiły się silne emocje, które doprowadziły do nieoczekiwanych incydentów.
Zobacz też: Od 1 września BLIK zablokuje część płatności. Nowe zasady już obowiązują
Incydenty na stacjach paliw
W wielu punktach zabrakło wręcz niektórych rodzajów paliwa. Wzrost napięcia i długa jazda na rezerwie doprowadziły wreszcie do niebezpiecznych incydentów.
Do najpoważniejszego zdarzenia doszło na stacji w Wałbrzychu w województwie dolnośląskim, gdzie zwykły spór o miejsce w kolejce do dystrybutora zamienił się w fizyczną bójkę. Z opublikowanego w mediach społecznościowych nagrania wynika, że dwaj mężczyźni zaczęli się szarpać i obrzucać wulgaryzmami.
Sytuacja zaostrzyła się, gdy do starcia dołączył trzeci mężczyzna uzbrojony w pałkę teleskopową, uderzając jednego z kierowców w nogi. Na miejsce wezwano policję.
Sporządzono notatkę ze zdarzenia, a osoby w nim uczestniczące zostały poinformowana o możliwości dochodzenia swoich praw na drodze cywilnej - wyjaśnił w rozmowie z polsatnews.pl nadkom. Marcin Świeży z KMP w Wałbrzychu.