Donald Tusk apeluje do szefowej KE. Chce ratować polskie firmy
Przedstawiciele kilku europejskich rządów zwrócili się do Ursuli von der Leyen z pilnym apelem w ważnej sprawie gospodarczej. Wśród sygnatariuszy listu znalazł się także Donald Tusk. Moment nie jest przypadkowy, bo tuż przed ważnym szczytem w Brukseli wraca temat, który coraz mocniej odbija się zarówno na kondycji gospodarek państw UE, jak i na codziennych kosztach ponoszonych przez obywateli.
- Wspólny list do Ursuli von der Leyen
- Czym jest system ETS i dlaczego znów budzi emocje
- Dlaczego rządy chcą zmian i co już zapowiedziała KE
W Brukseli rośnie presja przed ważnym szczytem. Tusk jest wśród sygnatariuszy listu
W centrum sporu znalazł się dziś jeden z kluczowych mechanizmów unijnej polityki klimatycznej, ale sama dyskusja nie dotyczy już wyłącznie klimatu. Coraz częściej chodzi również o konkurencyjność przemysłu, koszty energii i odporność gospodarki na kolejne kryzysy. Dlatego kilka rządów postanowiło wspólnie naciskać na Komisję Europejską, aby szybciej wróciła do rozmowy o korekcie obecnych zasad.
List trafił do Ursuli von der Leyen tuż przed unijnym szczytem w Brukseli. Sygnatariusze uznali, że sprawa jest na tyle pilna, iż nie warto czekać na standardowy rytm legislacyjny. W praktyce chodzi o to, by Komisja Europejska szybciej pokazała, czy jest gotowa złagodzić część obciążeń, które według części państw coraz mocniej uderzają w przemysł i rynek energii.
Donald Tusk podpisał się pod tym apelem razem z przywódcami dziewięciu innych państw Unii. To pokazuje, że nie jest to wyłącznie polska inicjatywa, ale szerszy blok państw, które uznały, że obecne realia gospodarcze wymagają rewizji wcześniej przyjętych założeń. Czego dokładnie dotyczyła treść przekazanego pisma?

Spór o ETS. To system, który ma ograniczać emisje, ale od dawna budzi sprzeczne emocje
Chodzi o system ETS, czyli unijny system handlu uprawnieniami do emisji. W obecnej formule działa on od 2005 roku i obejmuje m.in. elektrownie oraz część energochłonnego przemysłu. Jego podstawowa logika jest prosta: firmy emitujące CO2 muszą kupować uprawnienia, a im wyższe emisje, tym większy koszt. W założeniu ma to przyspieszać inwestycje w czystsze technologie i ograniczać uzależnienie gospodarki od wysokoemisyjnych źródeł energii.
To jednak właśnie ETS od dawna budzi skrajne opinie. Zwolennicy wskazują, że bez silnego bodźca cenowego transformacja energetyczna będzie zbyt wolna. Krytycy odpowiadają, że przy wysokich cenach energii i słabszej kondycji przemysłu system zaczyna działać jak dodatkowe obciążenie, szczególnie dla krajów bardziej zależnych od paliw kopalnych.
W debacie pojawia się też ETS2, czyli rozszerzenie systemu na ogrzewanie i transport. Pierwotnie miał ruszyć w 2027 roku, ale po zmianach przyjętych w 2025 roku start przesunięto na 2028 rok. Komisja Europejska wyjaśniała wcześniej, że ETS2 ma objąć dostawców paliw, a jego celem jest ograniczanie emisji w sektorach dotąd nieobjętych głównym systemem. W praktyce oznacza to jednak także obawy o dalszy wzrost kosztów dla gospodarstw domowych i firm. Przedstawiciele kilku europejskich rządów, a wśród nich Donald Tusk, zwrócili się do Ursuli von der Leyen z pilnym apelem w tej sprawie. Na jakie argumenty się powoływali?

Apel do KE. Stawką są firmy i ceny energii
Pod apelem podpisali się przywódcy Polski, Włoch, Austrii, Bułgarii, Chorwacji, Czech, Grecji, Węgier, Rumunii i Słowacji. Wspólnie wezwali Komisję Europejską do „gruntownego przeglądu” ETS. Ich główny argument jest taki, że obecny system coraz mocniej przekłada się na wysokie ceny energii elektrycznej, a to osłabia konkurencyjność europejskich firm, w tym także przedsiębiorstw z Polski. Szczególnie dotyczy to branż energochłonnych i tych sektorów, które najtrudniej szybko zdekarbonizować.
Jednym z najważniejszych postulatów jest wydłużenie bezpłatnych uprawnień do emisji CO2 poza 2034 rok oraz łagodniejsze wygaszanie tych uprawnień już od 2028 roku. Sygnatariusze listu przekonują, że połączenie drogich nośników energii, inflacji podnoszącej koszty inwestycji i coraz mniejszej liczby darmowych uprawnień może zbyt mocno obciążyć przemysł. Z tego punktu widzenia apel Tuska i innych liderów ma bronić firm przed utratą konkurencyjności i wypychaniem produkcji poza UE.
Ursula von der Leyen już zapowiedziała przyspieszenie prac nad zmianami. Reuters informował, że Komisja rozważa m.in. większą interwencję w rynek uprawnień oraz korekty dotyczące podaży pozwoleń, a formalny przegląd ETS ma nastąpić do lipca 2026 roku. Państwa podpisane pod listem chcą jednak, by propozycje pojawiły się wcześniej, najlepiej jeszcze do końca maja. Sama szefowa KE mówiła o potrzebie wyznaczenia bardziej realistycznej ścieżki dekarbonizacji po 2030 roku.
Nie wszyscy w UE patrzą na te postulaty tak samo. Część państw i komentatorów ostrzega, że zbyt dalekie osłabienie ETS mogłoby podważyć wiarygodność europejskiej polityki klimatycznej i osłabić sygnał inwestycyjny dla zielonych technologii. To oznacza, że spór nie dotyczy już tylko samego systemu, ale też tego, jak pogodzić cele klimatyczne z ochroną przemysłu i rachunków za energię.
List podpisany przez Donalda Tuska i dziewięciu innych liderów pokazuje, że napięcie wokół ETS weszło w nową fazę. Dla rządów, które poparły apel, chodzi dziś przede wszystkim o ochronę firm przed rosnącymi kosztami energii i zbyt szybkim zaostrzeniem warunków transformacji. Dla Komisji Europejskiej to z kolei próba znalezienia równowagi między konkurencyjnością gospodarki a celami klimatycznymi. Jedno jest pewne: decyzje podjęte w najbliższych tygodniach mogą mieć znaczenie nie tylko dla unijnej polityki, ale też dla codziennego funkcjonowania wielu przedsiębiorstw w Polsce.