„Brzękule” zalewają sklepy w Polsce. Po alkotubkach producenci znaleźli nową żyłę złota
Niecały rok po fali oburzenia wywołanej pojawieniem się w obrocie handlowym saszetek alkoholowych (alko-tubek) przypominających tubki z musem owocowym dla dzieci, na sklepowych półkach debiutuje kolejny kontrowersyjny produkt, który błyskawicznie stał się hitem sieci. Czy kolorowe kule, tzw. brzękule powtórzą los swoich poprzedników i wymuszą systemowe zmiany w krajowym prawie?
Zmienne gusta konsumentów i potężna wartość rynku alkoholowego
Branża spożywcza, a w szczególności segment wyrobów akcyzowych, to arena dynamicznych przemian. Krajowy rynek napojów charakteryzuje się postępującą polaryzacją, zmuszając producentów do szukania nowych nisz. Z jednej strony widać rosnącą popularność segmentu zero procent i innych innowacyjnych wariantów bezalkoholowych, z drugiej jednak branża spirytusowa wciąż generuje stabilne zyski. Wartość rynku trunków z akcyzą to ponad 40 miliardów złotych rocznie.

Przedsiębiorcy dwoją się i troją, by utrzymać marże w obliczu rosnących kosztów oraz spadku popytu na piwo. Jak wskazują najnowsze dane rynkowe, wolumen sprzedaży chmielnego trunku skurczył się o 5,5 proc. w ubiegłym roku. W poszukiwaniu utraconych przychodów firmy eksperymentują z nowatorskimi formatami, mającymi ożywić sprzedażowe słupki.
Gdy spojrzymy na statystyki konsumpcji, obraz rzuca jednak ponury cień na kreatywność marketerów. Przeciętny obywatel naszego kraju wypija rocznie blisko dziesięć litrów czystego alkoholu etylowego, mocno zawyżając europejską średnią. Zjawisko to rodzi potężne konsekwencje społeczne i gospodarcze.
Alkoholizm w Polsce to strukturalny problem, dotykający bezpośrednio od siedmiuset tysięcy do miliona osób, podczas gdy kolejne dwa miliony wykazują wzorce picia ryzykownego. Koszty leczenia, interwencji służb oraz strat gospodarczych wynikających z absencji pracowniczych idą w miliardy złotych. Z tego powodu każda nowinka omijająca tradycyjne formy podania trunków staje się obiektem analizy państwa. Władze oraz organizacje pozarządowe nieustannie dążą do zaostrzenia ograniczeń w sprzedaży, by lepiej chronić obywateli przed nałogiem.
Niefortunny debiut alkotubek, czyli lekcja wyciągnięta z medialnej burzy
Aby zrozumieć nastroje społeczne oraz szczególne wyczulenie regulatorów, musimy przypomnieć niedawny skandal, który zdominował czołówki gazet. Alkotubki w Polsce pojawiły się nagle, wywołując dosłowne trzęsienie ziemi na szczytach władzy. Były to mocne wyroby spirytusowe pakowane w miękkie, jaskrawe saszetki z plastikową zakrętką. Główny zarzut wobec tego formatu polegał na tym, że do złudzenia przypominał on popularne, owocowe musy, stanowiące powszechną przekąskę dla dzieci. Tego rodzaju kamuflaż wizualny wzbudził kontrowersje.
Specjaliści od uzależnień natychmiast podnieśli alarm, merytorycznie argumentując, że taki zabieg drastycznie obniża barierę psychologiczną i w podstępny sposób zachęca do wczesnego sięgania po używki przez osoby nieletnie. Reakcja opinii publicznej była bezprecedensowa. Zaniepokojeni rodzice, społeczni aktywiści oraz uznane autorytety ze świata medycyny stworzyli potężny front sprzeciwu.
W debacie publicznej mocno wybrzmiał postulat, że napoje alkoholowe absolutnie nie mogą maskować swojego odurzającego charakteru pod płaszczykiem młodzieżowych gadżetów. Rosnąca presja wywierana na sieci handlowe okazała się tak skuteczna, że do akcji błyskawicznie wkroczyły instytucje państwowe.

Główny Inspektor Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych poinformował o zleceniu kontroli sprzedaży tego rodzaju produktów spożywczych organom IJHARS. Zaledwie w kilka dni producent pod naporem linczu wycofał towar ze wszystkich punktów, a ustawodawca rozpoczął ekspresowe prace nad nowelizacją ustawy. Nowe regulacje miały zagwarantować, aby w przyszłości opakowania trunków nie mogły wprowadzać kupujących w błąd.
Wydawało się, że ta bolesna lekcja ostudzi zapał innowatorów. Natura rynku nie znosi jednak próżni. Zaledwie kilka miesięcy po zażegnaniu kryzysu z kolorowymi saszetkami, na celowniku czujnych regulatorów rynku znalazł się zupełnie nowy towar. Mowa o importowanych, amerykańskich koktajlach marki BuzzBallz, które w polskim internecie zyskały pieszczotliwą nazwę "brzękule”.
Zobacz też: 2270 złotych grzywny za sprzedaż tych nasion. Rozdaj za darmo, albo zapłacisz karę
Amerykański viral z TikToka, czyli dlaczego "brzękule" budzą społeczny opór
“Brzękule” to ekstremalnie słodkie drinki, które na pierwszy rzut oka przywodzą na myśl egzotyczne słodycze lub plastikowe zabawki. Ich format to pękate kule w neonowych barwach, wyposażone w metalową zawleczkę rodem z tradycyjnej puszki napoju gazowanego. Pomimo tak niewinnego wyglądu zewnętrznego, każda dwustumililitrowa porcja skrywa w sobie od 13,5 do nawet 15 proc. alkoholu. Z medycznego punktu widzenia stanowi to ekwiwalent dużej lampki wina. Produkt błyskawicznie trafił na półki dyskontów i sklepów monopolowych, a jego cena detaliczna waha się od kilkunastu do dwudziestu złotych.
Prawdziwym powodem, dla którego nowa propozycja wywołuje ostre protesty środowisk trzeźwościowych, jest unikalny sposób jej promocji. Motorem napędowym rekordowej sprzedaży brzękuli nie są tradycyjne kampanie, lecz viralowe zasięgi. Młodzi użytkownicy wykreowali na TikToku niepokojący trend, który polega na podświetlaniu przezroczystych kul mocną latarką z telefonu komórkowego. Zabieg ten tworzy w ciemnościach imponujący efekt świecącego, rzekomo "magicznego eliksiru”, budzącego silne skojarzenia z miksturami z popularnych gier wideo. Kulminacją sieciowego rytuału jest natychmiastowe wypicie zawartości duszkiem przed obiektywem kamery.
Eksperci do spraw cyberpsychologii alarmują, że zabawkowa, wysoce zdigitalizowana estetyka w niebezpieczny sposób oswaja nastolatków z substancjami psychoaktywnymi. Zaciera ona wyraźną granicę między internetową rozrywką a inicjacją w świat twardych używek. Przeciwnicy argumentują, że świecące kule to kolejne sprytne obejście społecznych norm.