Warszawski startup Investly z 4,2 mln zł. Inwestorzy z "tradycyjnego rynku" uwierzyli w cyfrowe aktywa
Runda zalążkowa (seed) na 4,2 mln zł to w polskich realiach kwota powyżej przeciętnej. Investly, spółka budująca platformę do inwestowania w cyfrowe aktywa, właśnie taką rundę domknęła. Na liście inwestorów znalazły się nazwiska kojarzone raczej z klasycznym rynkiem kapitałowym niż z kryptowalutami.
Kto wierzy w cyfrowe aktywa?
Warszawski Investly poinformował o zamknięciu rundy seed, czyli pierwszego poważnego finansowania spółki technologicznej po etapie pomysłu i prototypu. Do spółki trafiło 4,2 mln zł. Rolę lead inwestora, a więc podmiotu wykładającego największą część kapitału i negocjującego warunki, objął fundusz VO2 Ventures, w którym za transakcją stał Andrzej Ziemiński. Do rundy dołączyła IPOPEMA Fund Services z grupy IPOPEMA Securities oraz inwestorzy prywatni: Maciej Duda i Michał Jakubowski, a według relacji części mediów również Maciej Zientara.
Ta kwota nabiera sensu dopiero w zestawieniu z rynkiem. PFR Ventures szacuje przeciętną wartość inwestycji w rundach pre-seed i seed w Polsce na około 3 mln zł. Investly jest więc powyżej tej średniej, ale wciąż daleko od rund, o których pisze się w nagłówkach. Sam VO2 Ventures to fundusz o kapitalizacji 81,25 mln zł, z czego 65 mln zł stanowi wkład PFR Ventures z programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki. Innymi słowy: w polską platformę do inwestowania w cyfrowe aktywa pośrednio płyną także pieniądze publiczne.
Ziemiński w komunikacie tłumaczy decyzję trzema czynnikami: zespołem, potrzebą rynkową i momentem. Jego zdaniem klienci coraz częściej pytają o cyfrowe aktywa, ale oczekują prostoty i standardów znanych z tradycyjnych finansów. To zdanie mówi o pozycjonowaniu spółki więcej niż cała reszta komunikatu. Kapitał ma sfinansować komercyjny start platformy i dopracowanie technologii.
Gotowe strategie inwestycyjne i pełna kontrola
Investly buduje narzędzie, które ma upraszczać dostęp do gotowych strategii opartych na cyfrowych aktywach. Kluczowy jest model non-custody, w którym platforma nie przejmuje środków użytkownika (kluczy prywatnych) i nie przechowuje ich w swoim imieniu. Klient przez cały czas zachowuje kontrolę nad aktywami, a spółka dostarcza warstwę obsługi: weryfikację tożsamości, wybór strategii i raportowanie wyników w jednej aplikacji. Na starcie system ma skupić się na strategiach opartych na cyfrowym dolarze, czyli stablecoinach, tokenach, których kurs jest powiązany z walutą amerykańską. Investly nie jest więc ani giełdą, ani kantorem. Bliżej mu do warstwy pośredniczącej między doradcą a rynkiem niż do miejsca, w którym leżą pieniądze klienta.
Adresatem nie jest jednak inwestor indywidualny szukający gotowej aplikacji na telefon. Spółka celuje w model B2B2C, w którym z technologii korzystają doradcy finansowi, wealth managerowie i biura zarządzające majątkami rodzin, oferując narzędzie własnym klientom.
„Zaczynamy od współpracy z doradcami, wealth managerami i family offices, bo to oni pomagają klientom przełożyć zainteresowanie aktywami cyfrowymi na konkretne decyzje” - tłumaczy Maciej Król, współzałożyciel i członek zarządu Investly.
Jak dodaje, użytkownik nie chce poznawać technicznych mechanizmów rynku, tylko rozumieć koszty i ryzyko, a zadaniem platformy jest ukryć złożoność bez odbierania mu kontroli.
Za spółką stoją ludzie z dwóch światów. Król ma za sobą dekadę pracy przy zarządzaniu majątkiem zamożnych klientów, a jego wspólnik Bogusz Kończak zajmował się międzynarodowymi relacjami w branży walut cyfrowych. Pierwsze komercyjne wdrożenia zaplanowano na przełom września i października, a pozyskany kapitał ma pójść na produkt, integracje i compliance, czyli obszar zgodności z regulacjami. „Ta runda pozwala nam przejść do pierwszych komercyjnych wdrożeń” - zapowiada Kończak. W tle jest jeszcze plan ekspansji na rynki europejskie, ale to muzyka dalszej przyszłości.
MiCA w komunikacie prasowym, licencji w Polsce brak
Spółka podkreśla, że działa zgodnie z europejskim reżimem MiCA, i to właśnie w tym miejscu robi się najciekawiej. Unijne rozporządzenie o rynkach kryptoaktywów wymaga od dostawców usług zezwolenia CASP, a okres przejściowy dla firm działających na starych zasadach wygasł 1 lipca 2026 roku. Problem w tym, że Polska wciąż nie ma ustawy wykonawczej. Prezydent Karol Nawrocki 11 czerwca 2026 roku po raz trzeci zawetował ustawę o rynku kryptoaktywów, a wcześniejszej próby obalenia weta Sejm nie dowiózł, bo w kwietniowym głosowaniu zabrakło 20 głosów [Sejm, kwiecień 2026]. KNF konsekwentnie powtarza, że bez ustawowego wyznaczenia organu właściwego nie może prowadzić postępowań licencyjnych [KNF, luty 2026].
Skutek jest taki, że polska firma chcąca legalnie świadczyć usługi na kryptoaktywach musi sięgnąć po zezwolenie wydane w innym państwie Unii i wprowadzić je do Polski na zasadzie paszportowania z art. 65 MiCA. Z tej ścieżki polskie spółki korzystają od miesięcy, składając wnioski licencyjne m.in. na Litwie, w Estonii i w Niemczech. Skala problemu nie jest marginalna: w rejestrze działalności w zakresie walut wirtualnych figurowało ponad 1840 podmiotów, z czego przeszło 1200 formalnie aktywnych.