Szukają ludzi do pracy, a chętnych brak. Bez kwalifikacji można zarobić nawet 12 tysięcy
Ferie zimowe od lat kojarzyły się z możliwością szybkiego dorobienia – szczególnie w miejscowościach turystycznych, gdzie w tym okresie ruch wyraźnie rośnie. Gastronomia, hotele czy wypożyczalnie sprzętu zimowego co sezon potrzebują dodatkowych rąk do pracy, bo Polacy chętnie wyjeżdżają w okresie ferii. Dziś jednak coraz częściej problemem nie jest brak ofert, ale brak chętnych do pracy sezonowej, mimo że sezon zimowy pozostaje dla branży jednym z najbardziej dochodowych momentów w roku. Rynek pracy zmienił się na tyle, że krótkie, dorywcze zatrudnienie – nawet przy relatywnie atrakcyjnych stawkach – przestaje być wystarczającą zachętą dla wielu Polaków.
- Czy w ferie da się dorobić?
- Dlaczego firmy nie prowadzą rekrutacji „na ostatnią chwilę”?
- Co mówi o tym rynek pracy i sami przedsiębiorcy?
Pracy nie brakuje, ale Polacy nie chcą jej „na chwilę”
Z rozmów BiznesInfo z przedsiębiorcami wynika, że zainteresowanie krótką pracą sezonową wyraźnie spadło. Przy niskim bezrobociu i dużej liczbie ofert w innych branżach wiele osób nie jest dziś skłonnych wyjeżdżać na kilka tygodni tylko po to, by dorobić w intensywnym sezonie – nawet jeśli stawki są relatywnie wysokie i w najlepszych okresach mogą sięgać nawet ok. 4,5 tys. zł za tydzień pracy.
Jednocześnie popyt po stronie klientów nie słabnie. Polacy chętnie wyjeżdżają na ferie, tłumnie odwiedzają górskie kurorty, wypożyczają narty i korzystają z infrastruktury turystycznej. To sprawia, że sezon zimowy wciąż jest dla branży bardzo intensywny. Dla potencjalnych pracowników kluczowe stały się jednak inne czynniki niż sama możliwość szybkiego zarobku: stabilność zatrudnienia, przewidywalny grafik i wynagrodzenie wyraźnie wyższe niż jeszcze kilka lat temu. Jeśli te warunki nie są spełnione, praca sezonowa przegrywa z ofertami dostępnymi na miejscu lub z elastycznymi formami zatrudnienia.

Sezon zimowy to dziś kilka miesięcy, nie tylko ferie
W odpowiedzi na zmieniające się realia firmy z branży turystycznej coraz rzadziej prowadzą rekrutację „na ostatnią chwilę”. Zamiast tego planowanie zatrudnienia zaczyna się dużo wcześniej, jeszcze przed startem sezonu.
– Zatrudniam pracowników sezonowych od listopada do kwietnia, na umowy o czas określony. Dzięki temu mamy zabezpieczoną obsadę również na ferie i nie musimy szukać ludzi doraźnie – mówi właściciel jednej z wypożyczalni nart w Zakopanem.
To podejście staje się coraz bardziej powszechne. Ferie są dziś traktowane jako najintensywniejsza część dłuższego sezonu, a nie osobny okres wymagający dodatkowego naboru.
Stabilniejsze warunki i wyższe stawki zamiast dorywczych zleceń
Zmiana nastawienia pracowników wymusza zmianę strategii po stronie pracodawców. Firmy, które chcą mieć pełną obsadę w sezonie zimowym, muszą oferować stabilniejsze warunki zatrudnienia oraz wyraźnie wyższe wynagrodzenie, nawet jeśli praca ma charakter czasowy.
Krótka praca „na ferie” przestaje być standardem. Coraz częściej oznacza to umowę na kilka miesięcy, jasne zasady współpracy i wcześniejsze ustalenia. Dla przedsiębiorców to większe koszty i konieczność planowania, ale alternatywą jest ryzyko braku pracowników w kluczowym momencie sezonu.
Rynek pracy dyktuje nowe zasady
Sytuacja w branży zimowej dobrze pokazuje szerszy trend na rynku pracy. Praca sezonowa nie zniknęła, ale zmieniły się oczekiwania pracowników. Polacy rzadziej godzą się na krótkie, dorywcze zajęcia, a jeśli już decydują się na taki model, oczekują konkretów – stabilności i pieniędzy adekwatnych do wysiłku.
Dla młodych osób oznacza to, że ferie nadal mogą być okazją do zarobku, ale coraz rzadziej „z marszu”. Dla firm – że bez wcześniejszego planowania i lepszych warunków nawet sezon turystyczny nie gwarantuje dziś łatwego znalezienia pracowników.
Źródło: Biznes Info