Zjeżdżają do Polski i "wysuszają" stacje. Rząd daje sygnał ws. limitów dla obcokrajowców
Napięcia na Bliskim Wschodzie wywołały wstrząs na rynkach surowców, znacząco podnosząc stawki na europejskich stacjach. Polski program osłonowy, znany jako CPN - “Ceny Paliw Taniej”, stworzył jednak enklawę, która przyciąga tysiące kierowców z sąsiednich krajów. Czy obawa przed brakami wymusi wprowadzenie limitów w obliczu masowego wykupu paliwa przez obcokrajowców? Rząd monitoruje sytuację, by nie powtórzyć błędów Węgrów.
- Geopolityka i polski parasol nad dystrybutorami. Tyle Polacy płacą za paliwo
- Tania benzyna w Europie i kolejki przy granicy. Niemcy chętnie odwiedzają polskie stacje
- Rząd rozważa rozwiązanie wobec cudzoziemców. Są wątpliwości
Geopolityka i polski parasol nad dystrybutorami. Tyle Polacy płacą za paliwo
Eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie błyskawicznie przełożyła się na wycenę baryłki ropy na światowych giełdach, wprowadzając rynki w stan wysokiej nerwowości. Mechanizm ten jest bezlitosny, każda informacja o potencjalnym zablokowaniu szlaków transportowych w cieśninie Ormuz automatycznie dolicza do ceny surowca tak zwaną premię za ryzyko. W efekcie zachodnia Europa, w tym Francja, Polska i Niemcy, stanęła w obliczu gwałtownego wzrostu kosztów logistyki, co niemal natychmiast odczuli konsumenci detaliczni.
Podczas gdy w Berlinie czy Paryżu cena litra benzyny niebezpiecznie zbliżyła się do psychologicznej granicy 2 euro, polski rynek zaczął funkcjonować w izolacji. Stało się to możliwe dzięki wdrożeniu rządowego mechanizmu "CPN - Ceny Paliw Niżej”, który w swojej konstrukcji przypomina twardą regulację marż i cen maksymalnych. Resort aktywów państwowych, przy ścisłej współpracy z krajowymi koncernami energetycznymi, zdecydował się na zamrożenie stawek, aby chronić gospodarkę przed inflacją kosztową.

Obecnie średnia cena benzyny bezołowiowej 95 w Polsce oscyluje wokół 6,19 złotego, podczas gdy olej napędowy kosztuje średnio 7,61 złotego w zależności od dnia. Program ten, choć zbawienny dla portfeli obywateli, generuje ogromną presję na krajowe zapasy, ponieważ stacje zlokalizowane przy granicach zaczęły przypominać oblężone twierdze.
Odpowiedź na pytanie o stabilność tego układu staje się kluczowa dla bezpieczeństwa energetycznego państwa, zwłaszcza gdy zapasy strategiczne muszą być zarządzane z precyzją, aby uniknąć fizycznych braków paliwa przy dystrybutorach.
Tania benzyna w Europie i kolejki przy granicy. Niemcy chętnie odwiedzają polskie stacje
Różnica w cenie paliwa między Polską a Niemcami, przekraczająca obecnie dwa złote na litrze, stworzyła potężny impuls do tak zwanej turystyki paliwowej. Dla mieszkańca przygranicznego Görlitz czy Frankfurtu nad Odrą wycieczka na polską stronę połączona z pełnym tankowaniem oraz zakupem kilku kanistrów oznacza realne oszczędności rzędu kilkuset złotych. Wprawdzie brakuje oficjalnych statystyk potwierdzających dokładną skalę tego zjawiska, jednak ruch na stacjach paliw w województwach lubuskim i zachodniopomorskim w ostatnich tygodniach zauważalnie wzrósł w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku.
Obserwujemy zjawisko klasycznego arbitrażu handlowego, gdzie konsumenci wykorzystują różnice cenowe na dwóch sąsiadujących rynkach. Choć dla właścicieli stacji sytuacja wygląda na dochodową, w rzeczywistości budzi ona obawy o stabilność łańcucha dostaw wewnątrz kraju. Przychody z marży pozapaliwowej biją rekordy, ale logistyka dowożenia paliwa cysternami przestaje nadążać za tempem opróżniania zbiorników.

Gospodarka Niemiec zmaga się obecnie z wysokimi kosztami energii, co dodatkowo motywuje tamtejszych kierowców do szukania oszczędności za miedzą. Warto jednak zauważyć, że polski budżet pośrednio dopłaca do każdego litra paliwa wywożonego w baku zagranicznego pojazdu, ponieważ niskie ceny są wynikiem celowej rezygnacji z części dywidendy przez państwowe spółki oraz obniżenia wpływów z podatków pośrednich.
Zjawisko to ma też swój wymiar społeczny - polscy kierowcy mieszkający w pasie przygranicznym zmuszeni są do stania w długich kolejkach razem z turystami zza Odry, co rodzi frustrację i naciski na lokalnych polityków. Eksperci wskazują, że jeśli obecna dynamika wywozu paliwa utrzyma się przez kolejne miesiące, system dystrybucji może zostać przeciążony, co doprowadzi do lokalnych niedoborów, mimo że w skali całego kraju surowca nie brakuje.
Zobacz też: Spadek po dziadkach. Nie każdy ma prawo do dziedziczenia, można się zdziwić
Rząd rozważa rozwiązanie wobec cudzoziemców. Są wątpliwości
Rząd rozważa wprowadzenie ograniczeń w sprzedaży paliw dla kierowców z zagranicy jako potencjalną odpowiedź na rosnące zjawisko tzw. turystyki paliwowej. Jak wskazują przedstawiciele władz, scenariusz ten mógłby zostać wdrożony jedynie w sytuacji, gdyby zwiększony napływ zagranicznych klientów zaczął realnie zakłócać dostępność paliw na krajowych stacjach. Minister aktywów państwowych Wojciech Balczun wskazał podczas rozmowy w programie “Pytanie dnia” w TVP Info, że na ten moment skala zjawiska nie jest jednak na tyle duża, by uzasadniać natychmiastowe działania regulacyjne.
Eksperci rynku energetycznego podchodzą jednak sceptycznie do skuteczności ewentualnych ograniczeń. Wskazują, że podobne rozwiązania stosowane w przeszłości w innych krajach, między innymi na Węgrzech w 2022 roku, i były łatwe do obejścia i nie przyniosły trwałych rezultatów. Istnieją także poważne wątpliwości prawne, takie regulacje mogłyby naruszać zasady wspólnego rynku Unii Europejskiej, w tym swobodę przepływu towarów i usług.
Wtedy wprowadzono ograniczenia, ale kierowcy je obchodzili - choćby przez pożyczanie tablic rejestracyjnych. Jak ktoś się uprze, to zdejmie swoje niemieckie tablice i przykręci polskie, pożyczone od znajomego. To kwestia kilku minut - stwierdził w rozmowie z "Faktem" Rafał Zasuń z portalu "Wysokie Napięcie".
Zdaniem analityków bardziej efektywnym kierunkiem działań byłoby ograniczanie ogólnego zużycia paliw, zamiast wprowadzania restrykcji wobec określonej grupy kierowców. Takie podejście mogłoby przynieść trwalsze efekty bez ryzyka sporów prawnych i problemów z egzekwowaniem przepisów.
Można oczywiście wprowadzić obowiązek podawania numeru rejestracyjnego przy tankowaniu, ale to nie rozwiązuje problemu. Takie rozwiązania są łatwe do obejścia, a poza tym budzą poważne wątpliwości prawne - są sprzeczne z zasadami Unii Europejskiej. Na Węgrzech Komisja Europejska z resztą zareagowała, ale nie zdążyła podjąć jakichś środków. Węgrzy musieli po prostu z tego limitu cen rezygnować, bo groził im deficyt paliw, a te środki nic nie dawały. Kierowcy i tak kupowali to tanie paliwo. Orban się po prostu z tego deficytu wycofał - powiedział Rafał Zasuń.