Reguła 4 procent nie działa? Ile naprawdę trzeba zebrać, żeby żyć z własnego kapitału?
Cztery procent rocznie - tyle, według najsłynniejszej reguły świata wolności finansowej, można wypłacać z portfela, żeby wystarczyło na co najmniej trzydzieści lat. Prosto, elegancko, kusząco. Problem w tym, że reguła powstała na danych z amerykańskiej giełdy, a Ameryka przez ostatnie sto lat była wyjątkiem, a nie regułą. Kiedy tę samą kalkulację przeprowadzono dla innych rynków, wynik okazał się znacznie mniej optymistyczny. „Bardzo dużo w przeszłości zależało od szczęścia i pecha” - ostrzega Artur Wiśniewski, makler papierów wartościowych i autor bloga Stockbroker, w rozmowie na kanale Biznes Info.
Dlaczego akurat 4%?
To jedna z tych zasad, które w środowisku osób dążących do wolności finansowej urosły do rangi dogmatu. Wystarczy zgromadzić dwudziestopięciokrotność rocznych wydatków, wypłacać cztery procent kapitału rocznie i teoretycznie można już nie pracować do końca życia. Na tej matematyce zbudowano cały ruch FIRE - Financial Independence, Retire Early. Ale czy ta liczba, wyliczona w latach dziewięćdziesiątych na amerykańskich danych, ma jakikolwiek sens dla kogoś, kto oszczędza i inwestuje w Polsce?
Zacznijmy od genezy, bo bez niej trudno ocenić, na ile możemy tej regule ufać. Jej twórcą był Bill Bengen, amerykański analityk, który sformułował ją w latach dziewięćdziesiątych. Potem pojawiło się słynne Trinity Study, a za nim kolejni badacze - głównie amerykańscy - którzy przeprowadzali tę samą analizę na różnych okresach i przy podobnych założeniach.
I co istotne: wszystkim wychodziło mniej więcej to samo. Reguła się broniła. Cztery procent to bezpieczna stopa wypłaty, przy której portfel przetrwa kilkadziesiąt lat. Jak zauważa Wiśniewski, cztery procent to dokładnie dwudziestopięciokrotność rocznych wydatków - jeśli przekształcimy wzór, tyle mniej więcej trzeba zgromadzić, żeby przejść na własną, prywatną emeryturę. Wydajesz rocznie 100 tys. zł? Potrzebujesz 2,5 mln zł kapitału.
To bardzo pomocne narzędzie. Daje przybliżone wyobrażenie o skali - a bez takiego punktu odniesienia planowanie finansowej przyszłości jest wróżeniem z fusów. Ale jest jedno „ale”, i to poważne.
Co się dzieje, gdy wyjdziemy poza Amerykę
Cała ta budowla stoi na jednym fundamencie - na historii amerykańskiej giełdy. A rynek amerykański, jak podkreśla Wiśniewski, naprawdę dawał świetne wyniki. Był to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy rynek akcji w historii. Pytanie brzmi: czy wypada zakładać, że tak będzie zawsze i wszędzie?
Sprawdził to inny amerykański badacz, którego Wiśniewski przywołuje z nazwiska. Przeliczył regułę czterech procent dla innych rynków i „tam aż tak różowo nie było”. Dla rynków rozwiniętych - czyli portfela nieco szerzej zdywersyfikowanego niż same Stany - bezpieczna stopa wypłaty spadła do trzech i pół procenta. A trzeba pamiętać, że rynki rozwinięte i tak w dużej mierze opierają się na USA, więc to wciąż wynik „podkręcony” amerykańską dominacją.
A gdyby spojrzeć na inne rynki, zwłaszcza krajowe? Jak ujmuje to Wiśniewski bez owijania w bawełnę - „tam już była bieda”. Dla kogoś, kto swój kapitał budowałby wyłącznie na rodzimej giełdzie, cztery procent to poziom, który mógłby wyczyścić portfel znacznie szybciej, niż zakłada teoria.
Wniosek praktyczny jest więc taki, że skoro cała ta historia opiera się na wyjątkowo dobrym rynku amerykańskim, warto wziąć na to poprawkę. Bezpieczniej przyjąć stopę wypłaty na poziomie trzech i pół, a może nawet trzech procent - co automatycznie oznacza, że zgromadzić trzeba więcej. Nie dwudziestopięciokrotność, lecz trzydziesto- czy nawet ponadtrzydziestokrotność rocznych wydatków.
Szczęście i pech - dwie zmienne, których nie ma w Excelu
Tu dochodzimy do wątku, który w tej rozmowie wybrzmiał najmocniej i który najczęściej ginie w tabelkach. Wiśniewski konsekwentnie rozdziela dwie rzeczy, które łatwo pomylić: ile musimy zgromadzić, a ile musimy odkładać, żeby tę kwotę uzbierać. I to właśnie przy tej drugiej kwestii rola przypadku okazuje się dramatyczna.
Dla przeciętnej osoby, w przeciętnym okresie, wystarczyło odkładać dwadzieścia procent miesięcznych dochodów, żeby zebrać kapitał pozwalający dożyć końca życia bez pracy. Tyle że słowo „przeciętny” robi tu całą robotę. Bo gdyby ktoś trafił na najbardziej pechowy okres, to nawet na rynku amerykańskim - tym najlepszym z możliwych - musiałby odkładać nie dwadzieścia, ale około trzydziestu pięciu procent dochodów. A gdyby wylosował okres wyjątkowo fortunny, wystarczyłoby mu nawet dziesięć procent.
To ogromny rozrzut. Ta sama strategia, ta sama dyscyplina, ta sama kwota miesięczna - a efekt końcowy różni się nawet trzy i pół raza, w zależności od tego, w którym momencie historii przyszło nam żyć i inwestować. I nie mamy na to żadnego wpływu.
Właśnie dlatego, przypomina Wiśniewski, w każdej broszurze i każdym dokumencie informacyjnym widnieje zdanie, które łatwo zbyć wzruszeniem ramion: wyniki historyczne nie gwarantują przyszłych stóp zwrotu. To nie prawniczy ozdobnik. To dosłowny opis tego, jak bardzo nasz przyszły los zależy od zmiennej, której nie da się wpisać do arkusza kalkulacyjnego.
Dlaczego FIRE w wieku 40 lat to ogromne ryzyko?
Z tej ostrożności bierze się konkretny, dość kontrariański wniosek dotyczący całego ruchu wczesnej emerytury. Wiśniewski mówi wprost, że dziwi się osobom, które rozumują schematem: „czterdziestka, rzucam pracę, bo z symulacji historycznych wyszło, że tyle mi wystarczy”.
Jego argument jest spójny z całą resztą rozmowy. Skoro tak wiele zależało w przeszłości od szczęścia i pecha, to rzucenie pracy w wieku czterdziestu lat oznacza postawienie kolejnych czterdziestu czy pięćdziesięciu lat życia na wyniku historycznym, który wcale nie musi się powtórzyć. Sam przyznaje, że osobiście bardzo by go to stresowało. Nie chodzi o to, że kalkulacji nie warto robić - wręcz przeciwnie, są pomocne, bo dają z grubsza obraz tego, ile trzeba zebrać i ile odkładać. Chodzi o to, żeby traktować je jako punkt orientacyjny, a nie jako gwarancję.
Co ciekawe, ta sama filozofia „nie sprzedaję na siłę, zabezpieczam tylko to, co konieczne” wraca w jego własnym planie na starość. Zapytany, czy z wiekiem przejdzie na bezpieczny portfel złożony głównie z obligacji - jak podpowiadają popularne modele oszczędnościowe - odpowiada przecząco. Im dłużej się nad tym zastanawia, tym bardziej skłania się ku innemu rozwiązaniu. W obligacjach chce trzymać tylko tyle, ile potrzebuje na kilka lat życia - liczone w ujęciu nominalnym, nie procentowym - a resztę zostawić w akcjach.
Dlaczego akurat kilka lat? Bo kiedy przychodzi bessa, zwykle trzeba kilku lat, żeby portfel „się wynurzył” i wyszedł na zero. Szkoda sprzedawać akcje, gdy spadną o połowę. Mając zabezpieczone kilka lat wydatków w obligacjach, można spokojnie przeczekać spadki, nie realizując strat. To odwrócenie klasycznej piramidy ryzyka - i logiczna konsekwencja tego samego myślenia, które każe traktować regułę czterech procent z rezerwą.