Polacy ruszyli do lasów, później lądują w sanepidzie. Ryzyko śmiertelnego zatrucia
Polacy ruszają do lasów coraz wcześniej, a pierwsze okazy trafiają do koszyków już u progu lata. Tradycja poszukiwania skarbów natury zderza się jednak z realnym ryzykiem pomyłek, które w wielu wypadkach rujnują zdrowie. Polacy wciąż nie pamiętają, że rozwiązanie tego problemu znajduje się na wyciągnięcie ręki i jest całkowicie darmowe.
Leśny sport narodowy, czyli dlaczego ruszamy na wczesne grzybobranie
Grzybobranie w Polsce to zdecydowanie więcej niż tylko urokliwy spacer po lesie. To głęboko zakorzeniona tradycja, rodzinny rytuał i niemal nieformalny sport narodowy, który dla wielu osób wiąże się z ogromnymi emocjami. Jesienne wędrówki po ściółce najczęściej kojarzą się z pełnymi koszami, zapachem wilgotnego lasu i długim czyszczeniem zbiorów w kuchni. Prawdziwi pasjonaci nie czekają jednak do września czy października. Na pierwsze zwiady ruszają znacznie wcześniej, obserwując pogodę, poziom wilgotności i doniesienia z lokalnych grup grzybiarskich.

Pierwsze grzybobranie w roku może zaczynać się już w czerwcu, szczególnie w cieplejszych regionach południowej i zachodniej Polski. To właśnie tam wyższe temperatury, łagodniejszy klimat i odpowiednia ilość opadów potrafią stworzyć dogodne warunki do wczesnego wysypu. W lasach mogą pojawiać się pierwsze koźlarze, borowiki, kurki czy maślaki, choć ich obecność zależy od bardzo konkretnych warunków pogodowych. Połączenie ciepła i wilgoci działa na grzybnię jak impuls, ale wystarczy dłuższa susza, by nadzieje na udane zbiory szybko się rozwiały. Coraz większe znaczenie mają także zmiany klimatyczne. Łagodniejsze zimy, cieplejsze wiosny i gwałtowne wahania pogody sprawiają, że leśna wegetacja potrafi ruszyć wcześniej niż jeszcze kilkanaście lat temu. Dzięki temu smakosze darów natury mogą cieszyć się pierwszymi zbiorami na długo przed nadejściem chłodniejszych, typowo jesiennych dni.
Nie można jednak zapominać, że czerwcowe wyprawy do lasu bywają zdradliwe. Letni entuzjazm łatwo uśpić czujność, a młode owocniki nie zawsze są proste do rozpoznania. Szczególną ostrożność powinny zachować osoby mniej doświadczone, które dopiero uczą się odróżniać gatunki jadalne od trujących.
Złoto w mchu i śmiertelne pułapki. Z czym pomylisz letnie gatunki
W czerwcu w bujnym, wilgotnym runie królują wtedy przede wszystkim kurki, czyli cenione pieprzniki jadalne, od lat uchodzące za jeden z najbardziej pożądanych leśnych przysmaków. Ich charakterystyczny aromat sprawia, że chętnie trafiają zarówno do domowych sosów i jajecznicy, jak i do dań serwowanych w restauracjach. Równolegle w lasach zaczynają pojawiać się także wczesne gatunki rurkowe, na czele z borowikiem ceglastoporym oraz zgrabnymi koźlarzami, które dla wielu grzybiarzy są sygnałem, że sezon naprawdę się rozpoczyna.
Euforia po znalezieniu pierwszych okazów bywa jednak zdradliwa, ponieważ leśne środowisko kryje również gatunki łudząco podobne do tych jadalnych. Smaczna kurka może zostać pomylona z lisówką pomarańczową, której spożycie grozi nieprzyjemnymi dolegliwościami ze strony układu pokarmowego. Jeszcze większe ryzyko dotyczy osób zbierających pieczarki na łąkach i skrajach lasów. W takich miejscach nietrudno o groźną pomyłkę z muchomorami, w tym z wyjątkowo niebezpiecznymi gatunkami zawierającymi silne toksyny.
Problem polega na tym, że niektóre trujące grzyby na pierwszy rzut oka wyglądają niewinnie, zwłaszcza dla mniej doświadczonych zbieraczy. Szczególnie groźna amanityna, obecna w najniebezpieczniejszych przedstawicielach runa, nie traci swoich właściwości podczas gotowania, suszenia, smażenia ani marynowania. Obróbka termiczna nie jest więc żadnym zabezpieczeniem przed zatruciem. To właśnie dlatego eksperci od lat podkreślają, że do koszyka powinny trafiać wyłącznie te grzyby, które potrafimy rozpoznać bez cienia wątpliwości.
Jak rozsądnie ograniczyć ryzyko? Najprostszą zasadą bezpieczeństwa jest zbieranie tylko dobrze znanych gatunków i unikanie eksperymentów. Początkującym często zaleca się koncentrację na grzybach wyposażonych w gąbkę, czyli rurki, ponieważ w tej grupie w Polsce znacznie trudniej o pomyłkę zagrażającą życiu. Nie oznacza to jednak pełnej dowolności ani rezygnacji z ostrożności. Każdy podejrzany, nietypowo wyglądający lub uszkodzony owocnik powinien pozostać w lesie.
Państwowy parasol nad zbieraczami. Darmowa ocena sanepidu
Zdecydowana większość zarówno stałych, jak i sporadycznych bywalców lasów ignoruje fakt, że państwowa administracja oddaje w ich ręce kompletnie darmowy system ubezpieczenia zdrowotnego. Sprawdzenie grzybów w sanepidzie to niebywale zwięzła, bezstresowa wręcz procedura dla obywateli odczuwających chociaż odrobinę wątpliwości. W drodze powrotnej wystarczy po prostu odwiedzić stację sanitarno-epidemiologiczną (PSSE). Dyżurują tam państwowi grzyboznawcy i wykwalifikowani klasyfikatorzy, oceniający dostarczone grzyby i oddzielają wartościową żywność od tej, która mogłaby wyrządzić nam krzywdę.

O jakich zasadach trzeba pamiętać, planując wizytę w publicznej stacji oceny? Przede wszystkim grzyby powinny być świeże i przechowywane w przewiewnym pojemniku, najlepiej wiklinowym koszyku. Plastikowe reklamówki są złym wyborem, ponieważ przyspieszają zaparzanie się zbiorów i ich psucie. W takich warunkach owocniki szybciej tracą cechy, które są potrzebne do prawidłowej identyfikacji. Im dłużej leżą w cieple i bez dostępu powietrza, tym trudniej o wiarygodną ocenę.
Równie ważne jest dostarczenie grzybów w całości, z zachowanym kapeluszem i trzonem. Odcięcie owocnika tuż przy ziemi może uniemożliwić rozpoznanie charakterystycznych elementów budowy, w tym pochwy u podstawy trzonu, typowej dla niektórych muchomorów. To właśnie takie detale decydują czasem o odróżnieniu gatunku jadalnego od śmiertelnie trującego. Do konsultacji nie warto przynosić grzybów rozdrobnionych, obranych, ugotowanych czy zamarynowanych, bo po obróbce wiele cech diagnostycznych znika bezpowrotnie.