Nad Bałtykiem szaleje drożyzna, pokazał rachunek z Bieszczad. Tyle zapłacił za pierogi
Krajowy turysta, bogatszy o doświadczenia z ubiegłych lat, z coraz większą rezerwą podchodzi do zapewnień o przystępności cenowej posiłków w rodzimych kurortach. Symbolem tych obaw stały się słynne paragony grozy. Zjawisko to najczęściej kojarzone jest z nadmorskimi smażalniami - jak się okazuje, słusznie. Przekonał się o tym bieszczadzki przewodnik Bartłomiej Machowski, który za obfity talerz tradycyjnych pierogów nad Soliną zapłacił rachunek, którego się nie spodziewał.
Smażona ryba nad Bałtykiem w cenie luksusowej kolacji
Prawdziwym epicentrum wakacyjnej drożyzny od lat pozostaje polskie wybrzeże, gdzie wizyta w losowo wybranej smażalni potrafi skutecznie zepsuć humor niejednemu urlopowiczowi. Legendarna już flądra czy dorsz, reklamowane jako świeże i prosto z kutra, na końcowym rachunku rzadko kiedy okazują się pozycją niskobudżetową.
Głównym źródłem nieporozumień i późniejszego rozczarowania jest powszechna praktyka podawania cen za sto gramów produktu, a nie za całą porcję. Nieświadomy klient, zamawiając standardowy obiad, dopiero przy kasie dowiaduje się, że jego ryba ważyła znacznie więcej, niż przypuszczał.

Gdy do tego doliczy się frytki, zestaw surówek oraz napoje dla całej rodziny, finalna kwota bez problemu potrafi przekroczyć barierę kilkuset złotych. Gastronomicy nad Bałtykiem tłumaczą te stawki drastycznym wzrostem kosztów prowadzenia działalności, rosnącymi cenami energii oraz krótkim, zaledwie dwumiesięcznym sezonem, podczas którego muszą zarobić na utrzymanie biznesu przez resztę roku.
Dla przeciętnego konsumenta argumenty te bywają jednak mało przekonujące, kiedy za tradycyjny, polski obiad nad morzem przychodzi mu zapłacić tyle, ile w renomowanej restauracji w stolicy.
Zupełnie inną dynamiką cenową zaczynają natomiast wykazywać się regiony górskie, które przez lata również nie należały do najtańszych. Szczególnym punktem na mapie są Bieszczady, a zwłaszcza rejon Jeziora Solińskiego, który w szczycie sezonu przeżywa prawdziwe oblężenie.
Bieszczadzki absurd na talerzu - gastronomiczna ironia nad Soliną
Turystów w Bieszczady przyciągają liczne atrakcje, takie jak rejsy statkiem spacerowym, monumentalna zapora wodna czy nowoczesna kolejka gondolowa. Choć infrastruktura turystyczna i wynajem sprzętu wodnego potrafią tam mocno uszczuplić portfel, to lokalna gastronomia postanowiła napisać własny scenariusz.



Głośnym echem w sieci odbiła się relacja, którą podzielił się znany bieszczadzki przewodnik górski, Bartłomiej Machowski. Mężczyzna opublikował w swoich mediach społecznościowych film oraz zdjęcie posiłku z jednej z restauracji w Solinie, utrzymane w bardzo przewrotnym tonie.
Zamieszczony opis sugerował, że oto mamy do czynienia z kolejnym, drastycznym przykładem drożyzny. Autor ironizował, że po wizycie w lokalu poważnie rozważa zaciągnięcie bankowego zobowiązania, co natychmiast przykuło uwagę internautów przyzwyczajonych do wakacyjnych skandali cenowych. Ostateczna cena posiłku jaka została pokazana na filmiku zrobiła furorę w sieci.
Dziesięć sztuk dorodnych pierogów za śmieszne pieniądze?
Wizualna zawartość postu bieszczadzkiego przewodnika natychmiast zweryfikowała jednak dramatycznie brzmiący nagłówek. Na zaprezentowanym zdjęciu nie było bowiem mikroskopijnej porcji w astronomicznej cenie, lecz wyjątkowo obfity i apetycznie wyglądający talerz tradycyjnych pierogów ruskich. Kluczowym elementem całej publikacji okazał się załączony rachunek, który stał się kompletnym zaprzeczeniem definicji paragonu grozy.
Za porcję składającą się z dziesięciu dorodnych, ręcznie lepionych pierogów, bogato okraszonych złocistą cebulką, skwarkami i posypanych świeżą zieleniną, przewodnik zapłacił dokładnie 21,60 złotych. W czasach, gdy w większości polskich miast wojewódzkich ceny analogicznego dania w barach mlecznych zbliżają się do trzydziestu złotych, a w kurortach turystycznych często tę granicę przekraczają, bieszczadzki wynik okazał się sensacją.
Solina i dzisiejszy paragon grozy
Nie wiem czy kredytu nie wezmę
Jak to leciało? Solina najdroższa w Polsce? - opisał prześmiewczo Bartłomiej Machowski na Facebook'u.
Reakcja obserwatorów była natychmiastowa i jednoznaczna, a w komentarzach dominowało ogromne zaskoczenie. Internauci masowo podkreślali, że taka cena w tak popularnym miejscu jak Solina jest zjawiskiem wręcz niespotykanym i zasługuje na miano paragonu łagodności, który udowadnia, że w polskich górach wciąż można zjeść smacznie, domowo i przede wszystkim bez obawy o stan domowego budżetu.
Tanio jak barszcz, za tyle pierogów 21.60? - niedowierzali komentujący.