biznes finanse video praca handel Eko Energetyka polska i świat O nas
Obserwuj nas na:
BiznesINFO.pl > Finanse > „Jesteśmy skazani na ryzyko". Dlaczego obligacje nie wystarczą, żeby uzbierać na własną emeryturę
Darek Dziduch
Darek Dziduch 23.07.2026 18:07

„Jesteśmy skazani na ryzyko". Dlaczego obligacje nie wystarczą, żeby uzbierać na własną emeryturę

„Jesteśmy skazani na ryzyko". Dlaczego obligacje nie wystarczą, żeby uzbierać na własną emeryturę
Fot. Biznes Info

Dwadzieścia procent dochodów - tyle według reguły kciuka trzeba odkładać, żeby zgromadzić kapitał pozwalający żyć bez pracy. Badania pokazują, że Polacy, którzy w ogóle inwestują, mniej więcej tyle właśnie odkładają. Wynik wygląda nieźle, tylko że cała kalkulacja ma jeden warunek, o którym rzadko się mówi: żeby to zadziałało, przynajmniej połowa portfela musi być zainwestowana w sposób ryzykowny. A z tym mamy w Polsce problem fundamentalny. „Jesteśmy skazani na ryzyko" - mówi Artur Wiśniewski, makler papierów wartościowych i autor bloga Stockbroker, w rozmowie na kanale Biznes Info.

Reguła dwudziestu procent i to, co mówią badania

Ta rozmowa miała być o inwestowaniu, ale bardzo szybko zeszła na coś znacznie mniej technicznego - na psychologię. Bo można znać wszystkie wskaźniki, wiedzieć czym różni się fundusz indeksowy od ETF-u i mieć otwarty rachunek maklerski, a i tak przez dwadzieścia lat nie zbudować kapitału, jeśli nie poradzimy sobie z jedną rzeczą. Z akceptacją tego, że pieniądze na rachunku będą się wahać.

Zacznijmy od liczby, bo od niej zaczyna się każda uczciwa rozmowa o emeryturze. Wiśniewski podaje regułę kciuka: dwadzieścia procent dochodów - tyle mniej więcej trzeba systematycznie odkładać i inwestować, żeby zgromadzić kapitał na własną emeryturę.

Brzmi jak dużo? Zaskakująco - niekoniecznie. Powołując się na badania Fundacji Fink dotyczące postaw Polaków wobec finansów, Wiśniewski zwraca uwagę, że spośród osób, które w ogóle inwestują, przeciętna odkłada około dwudziestu, dwudziestu kilku procent swoich dochodów. Czyli dokładnie tyle, ile trzeba.

I tu można byłoby postawić kropkę, ogłosić sukces i przejść do następnego tematu. Tylko że to byłoby oszustwo, bo w tej pozornie optymistycznej statystyce kryją się co najmniej dwa haczyki.

Pierwszy: te dwadzieścia procent to łączne oszczędności, a nie oszczędności emerytalne. Ludzie odkładają na różne cele - na czarną godzinę, na przyszłość dzieci, na mieszkanie, na wymianę samochodu. Cel emerytalny, jak zauważa Wiśniewski, jest w badaniach wskazywany coraz częściej i to dobra wiadomość, ale wciąż konkuruje z całą resztą życia. Jeśli więc ktoś odkłada 20 proc. dochodów, ale rozdziela je na cztery różne cele, to na emeryturę idzie z tego ułamek.

Drugi haczyk jest poważniejszy i to on jest właściwym tematem tej rozmowy.

Warunek, o którym nikt nie mówi w reklamach

Kalkulacje, z których wynika owe dwadzieścia procent, mają wbudowane założenie. Spinają się tylko wtedy, gdy inwestujemy w sposób przynajmniej umiarkowanie ryzykowny. Innymi słowy - przynajmniej połowa portfela musi być w części zmiennej, akcyjnej. Nie w lokacie, nie w obligacjach, nie na koncie oszczędnościowym.

I tu, jak mówi Wiśniewski, „jest pies pogrzebany". Bo jeśli spojrzymy na polskie społeczeństwo jako całość, awersja do ryzyka jest bardzo wysoka. Ludzie często nie są gotowi zaakceptować żadnej straty. Żadnej - to nie jest przenośnia. Nie chodzi o to, że boją się stracić połowę kapitału, tylko o to, że sam widok ujemnego wyniku na rachunku jest nie do zniesienia.

Co robimy w takiej sytuacji? Uciekamy w to, co wydaje się bezpieczne. I tu pojawia się pytanie, które warto zadać uczciwie: czy obligacje nie wystarczą?

Wiśniewski nie unika odpowiedzi i nie odsyła obligacji do lamusa. Wręcz przeciwnie - detaliczne obligacje skarbowe indeksowane inflacją, takie jak EDO czy COI, poleca. Zwraca uwagę, że historycznie, statystycznie rzecz biorąc, obligacje skutecznie radziły sobie w walce z inflacją. To instrumenty, które mają swoje miejsce w portfelu i nie ma powodu ich lekceważyć.

Ale - i to jest sedno - symulacje historyczne pokazują, że stopy zwrotu z takich obligacji to za mało, żeby zgromadzić kapitał na prywatną emeryturę. Ochronić wartość pieniądza przed inflacją: tak. Zbudować kapitał, z którego da się żyć przez kilkadziesiąt lat: nie.

Alternatywą teoretycznie jest odkładanie znacznie większych kwot. Tylko że tu realia rynku pracy stawiają twardą granicę. Jak zauważa Wiśniewski, osób zdolnych odkładać pięćdziesiąt procent swoich dochodów jest garstka - w granicach pięciu procent społeczeństwa. Dla wszystkich pozostałych równanie się nie domyka. Można albo odkładać nierealne kwoty, albo zaakceptować ryzyko. Trzeciej drogi nie ma. Stąd ta konkluzja: skazani na ryzyko.

Ryzyko, którego nie umiemy wycenić

Najciekawsze w tej rozmowie jest jednak coś innego - to, że nasza ocena ryzyka jest kompletnie niespójna. I nie mówię tu o rynkach finansowych, tylko o codziennym życiu.

Znam ludzi, którzy nie zainwestują złotówki w akcje, bo „to hazard", a bez mrugnięcia okiem wyprzedzają na trzeciego na drodze jednojezdniowej. Podczas dziesięciominutowej jazdy z taką osobą trzy razy jesteśmy o krok od poważnego wypadku - i nikt nie nazywa tego podejmowaniem ryzyka. Ryzyko jest wtedy, gdy widać je na wykresie.

Podobnie z argumentem o państwie. „Nie będę inwestował na IKE ani IKZE, bo państwo w końcu położy łapę na tych pieniądzach" - to zdanie słyszałem dziesiątki razy. Ta sama osoba potrafi mieć w portfelu bitcoina albo instrumenty o zmienności, przy której IKE wygląda jak książeczka oszczędnościowa PKO z lat osiemdziesiątych.

Mechanizm jest zawsze ten sam: akceptujemy pewną, powolną stratę, byle uniknąć straty niepewnej, ale widocznej. Zgadzamy się, że inflacja podgryza nam oszczędności na nieoprocentowanym koncie, bo przynajmniej „nie przepołowi mi się to, co uzbierałem". To racjonalne emocjonalnie i całkowicie nieracjonalne matematycznie.

Wiśniewski dodaje do tego jeszcze jedną obserwację, która trochę broni tych ostrożnych. Kiedy patrzymy na badania o tym, dlaczego Polacy nie inwestują, na czele stoją dwa powody: strach przed stratą i niewystarczająca wiedza. I - uwaga - jego zdaniem to, że wiele osób nie inwestuje, jest w pewnym sensie racjonalne. „Jeżeli nie mam wiedzy, to nie będę grał w grę, której nie rozumiem" - mówi, przywołując podstawową zasadę: inwestuj w to, co rozumiesz.

Tyle że z tego wynika wniosek, który wcale nie jest wygodny.

Skazani nie tylko na ryzyko, ale i na naukę

Jeśli brak wiedzy jest racjonalnym powodem, żeby nie inwestować, to jedynym wyjściem jest zdobycie wiedzy. Nie ma opcji „nie rozumiem, więc nie inwestuję i nic się nie dzieje" - coś się dzieje, tylko powoli i po cichu, w postaci realnej utraty wartości oszczędności.

„Właściwie jesteśmy skazani na to, żeby tę wiedzę zdobywać" - podsumowuje Wiśniewski. I rozszerza tezę o skazaniu na ryzyko poza rynki finansowe. Jeśli chcemy zarabiać więcej, bardzo często musimy w życiu zawodowym też podjąć ryzyko - choćby zmienić pracodawcę, co przecież również wiąże się z niepewnością.

To zresztą wraca do tego, od czego cała rozmowa się zaczęła. Zapytany o receptę na bogactwo w jednym zdaniu, Wiśniewski odpowiada: inwestuj - ale natychmiast zastrzega, że to za mało. Priorytetem jest zwiększanie zarobków, bo stopy zwrotu z rynków finansowych, przynajmniej te historyczne, są zbyt małe, żeby z małych kwot zbudować realny majątek. Inwestowanie to element numer dwa, nie numer jeden.

Uczciwie trzeba dodać, że sam Wiśniewski nie twierdzi, że ryzyko trzeba przyjmować bez zabezpieczenia. Podstawą jego własnego portfela jest poduszka finansowa oparta na obligacjach skarbowych - i to od niej, jak podkreśla, zawsze radzi zaczynać. Nie dlatego, że jest to najlepsza inwestycja, tylko dlatego, że pozwala inwestować resztę spokojniej. Trudno o lepszą pointę: żeby móc podjąć ryzyko, najpierw trzeba zbudować sobie margines bezpieczeństwa.

Bądź na bieżąco - najważniejsze wiadomości z kraju i zagranicy
Google News Obserwuj w Google News
Wybór Redakcji
Jagody słoik
Tak oszukują na jagodach. Przed zakupem koniecznie sprawdź jeden szczegół
None
Rodzice chcą uczyć dzieci o pieniądzach, ale nie bardzo wiedzą jak. Wnioski z Badania Edukacji Finansowej Dzieci
Pieniądze
Nawet 1978,49 zł co miesiąc za urodzenie dziecka. Tym kobietom należy się dodatek z ZUS
None
Jak mądrze zaplanować budżet na zakup pierwszego mieszkania?
Pieniądze
PPK. Pracownik może zrezygnować z udziału w programie po złożeniu deklaracji
telefon z PRL
Arcytrudny quiz o PRL. To nie tylko długie kolejki i kartki na mięso. Sprawdź się
Wybór Redakcji
BiznesINFO.pl
Obserwuj nas na: