Ciemne chmury nad firmami z tej branży. Przedsiębiorca wskazuje powód. "Żal na to patrzeć"
Branża dziecięca w Polsce, niegdyś będąca powodem do dumy lokalnych rzemieślników, przechodzi obecnie najpoważniejszy kryzys w swojej powojennej historii. Zmiany nawyków konsumenckich, bezlitosna konkurencja z Azji oraz radykalne przeobrażenia modelu rodziny sprawiły, że firmy, które przez dekady dominowały na rynku, dziś walczą o przetrwanie.
- Azjatycka konkurencja wobec lokalnego rzemiosła
- Demografia uderza w branżę dziecięcą w Polsce
- Moda na zwierzaka zamiast dziecka — przedsiębiorcy alarmują
Azjatycka konkurencja wobec lokalnego rzemiosła
Przez lata Częstochowa i jej okolice były uznawane za nieformalną stolicę produkcji wózków dziecięcych, gdzie rodzinne manufaktury z pokolenia na pokolenie przekazywały sobie tajniki konstrukcji i designu. Polskie produkty cieszyły się uznaniem nie tylko w kraju, ale i na wymagających rynkach zachodnich, wygrywając jakością wykonania oraz trwałością.
Sytuacja zaczęła się jednak drastycznie zmieniać, gdy globalizacja otworzyła drzwi dla masowej produkcji z Chin, która zalała Europę towarami o znacznie niższej cenie. Choć początkowo polscy producenci bronili się lepszymi materiałami i serwisem, dla współczesnego, często ubożejącego klienta, cena stała się czynnikiem decydującym.

Obecnie rodzime zakłady stoją przed ścianą, której nie da się przeskoczyć bez systemowego wsparcia lub radykalnej zmiany modelu biznesowego. Tanie wózki z importu, produkowane na ogromną skalę przy niskich kosztach pracy, sprawiły, że polskie rzemiosło stało się dla wielu zbyt drogie.
Kiedyś w Częstochowie produkowaliśmy wózki dziecięce i sanki na całą Polskę. Teraz już nie ma o czym mówić. Człowiek tylko się wkurza, jak widzi, co się dzieje. (…) Duże firmy, które były potęgą w wózkach i sankach, dziś bankrutują. W magazynach zalega towar, ludzi trzeba było zwolnić. Wszystko niszczeje, a na rynku nie ma już miejsca dla polskich producentów - mówi pan Dariusz w rozmowie z “Faktem”.
Magazyny, które jeszcze kilka lat temu pustoszały w mgnieniu oka, dziś uginają się pod ciężarem niesprzedanych stelaży i gondoli. Przedsiębiorcy podkreślają, że nie są w stanie konkurować z produktami, których cena detaliczna jest często niższa niż koszt zakupu samych surowców w Europie. To prowadzi do nieuchronnych zwolnień pracowników, którzy w tych zakładach spędzili nierzadko po dwadzieścia lub trzydzieści lat, stając się częścią produkcyjnej rodziny.
Demografia uderza w branżę dziecięcą w Polsce
Problem ma jednak znacznie głębsze podłoże niż tylko tani import, a jego korzenie tkwią w statystykach, których nie da się oszukać. Polska mierzy się z rekordowo niską liczbą urodzeń, co bezpośrednio przekłada się na drastyczny spadek popytu na artykuły niemowlęce.
Według danych Głównego Urzędu Statystycznego liczba urodzeń w ostatnich latach systematycznie maleje, osiągając poziomy najniższe od czasów II wojny światowej. Dla branży, której jedynym odbiorcą jest młody rodzic, taki trend jest wyrokiem śmierci wykonanym w zwolnionym tempie. Mniej dzieci oznacza mniej potrzebnych wózków, łóżeczek czy fotelików samochodowych, a rynek nasyca się błyskawicznie produktami z „drugiej ręki”.

Coraz popularniejszy model gospodarki cyrkularnej (system oparty na ponownym wykorzystaniu zasobów), choć ekologicznie uzasadniony, jest kolejnym gwoździem do trumny dla producentów nowych towarów. Rodzice chętniej odkupują używane markowe wózki na portalach aukcyjnych, zamiast inwestować w nowy sprzęt ze sklepu.
Kiedyś wózki i sanki szły w setki, tysiące rocznie. Teraz to tylko procent dawnych sprzedaży. Nawet foteliki dziecięce, które kiedyś były obowiązkowym zakupem, dziś mało się sprzedają. Zatrudnia się mniej ludzi, firmy się zamykają — komentuje "Faktowi" przedsiębiorca.
W efekcie pierwotny rynek sprzedaży kurczy się z każdym rokiem, a producenci nie mają komu oferować swoich najnowszych kolekcji. Branża, która kiedyś planowała produkcję na tysiące sztuk miesięcznie, dziś musi liczyć każde zamówienie, często nie wiedząc, czy kolejny miesiąc pozwoli na opłacenie składek na ubezpieczenia społeczne i rachunków za energię w halach fabrycznych.
Zobacz też: Te produkty będą droższe w 2026 roku. Wielu Polaków sięgnie głębiej do portfeli
Moda na zwierzaka zamiast dziecka — przedsiębiorcy alarmują
Najbardziej gorzką refleksją dzielą się jednak sami przedsiębiorcy, tacy jak pan Dariusz z Częstochowy, który od lat obserwuje upadek swojej branży. W rozmowie z "Faktem" zwraca uwagę na zjawisko, które jeszcze dekadę temu wydawało się marginalne, a dziś staje się dominującym trendem społecznym. Chodzi o zastępowanie dzieci zwierzętami domowymi.
Mniej dzieci, mniej sanek, mniej wózków. To wszystko się łączy. Lepiej w tej chwili kupić sobie pieska i wsadzić go do ładnej torebki i iść do Biedronki, niż się użerać z płaczącym dzieckiem — opowiada rozmówca “Faktu”.

Pan Dariusz z goryczą zauważa, że na ulicach częściej można spotkać młodych ludzi prowadzących psy na smyczy lub kupujących dla nich specjalistyczne akcesoria, niż rodziców z wózkami. "To tragedia. Żal na to patrzeć, jak branża, która dawała chleb tysiącom ludzi, po prostu znika z mapy miasta" – wyznaje przedsiębiorca.
Dla wielu rzemieślników z Częstochowy ten zwrot kulturowy jest niezrozumiały i bolesny. Firmy, które kiedyś produkowały tysiące sanek i wózków, dziś widzą, jak ich miejsce w wydatkach Polaków zajmują marki oferujące produkty dla zwierząt.
Proszę sobie wyobrazić, że jeden z większych producentów testuje właśnie... specjalne nosidełka i wkładki dla psów do wózków dziecięcych. W tej chwili coraz więcej osób kupuje takie gadżety dla psów — mówi “Faktowi” pan Dariusz.
Pan Dariusz podkreśla, że rynek stał się bezwzględny – koszty produkcji w Polsce rosną z powodu cen energii i płacy minimalnej, a przychody spadają przez brak klientów. To obraz dramatycznych zmian, które dotykają nie tylko Częstochowę, ale cały polski przemysł lekki.