Afera po imprezie techno w Wilanowie. Wyszło na jaw, ile zarobiło muzeum. Dyrektor: "To prowokacja"
Weekendowe wydarzenie na dziedzińcu Pałacu w Wilanowie odbiło się szerokim echem nie tylko w świecie fanów muzyki elektronicznej, ale przede wszystkim wśród mieszkańców i obrońców zabytków. Impreza Circoloco, zamiast stać się prestiżowym mariażem sztuki i nowoczesności, przerodziła się w wizerunkowy kryzys, obnażając przy okazji finansowe kulisy funkcjonowania warszawskiej rezydencji królewskiej. Dyrektor odpowiedział na pytanie o to, ile muzeum zarobiło na imprezie techno. Aktywiści żądają jego dymisji.
"Miasteczko Wilanów nie spało tej nocy". Kontrowersje po imprezie techno
Historia Circoloco rozpoczęła się w 1999 roku w legendarnym klubie DC-10 na Ibizie, a z czasem marka stała się globalnym symbolem kultury klubowej, operującym na styku muzyki, mody i sztuki wizualnej. Choć wizja założyciela, Antonio Carbonaro, zakłada unikalną tożsamość undergroundową, przeniesienie tego formatu na dziedziniec Pałacu Króla Jana III Sobieskiego wywołało wstrząs. Obraz ciężkiego sprzętu wjeżdżającego na zabytkowe tereny i zniszczonych trawników, po których na co dzień obowiązuje restrykcyjny zakaz chodzenia czy siadania, stał się punktem zapalnym dla aktywistów miejskich.
Czytaj więcej: Zacznie się w czwartek, Polska podzielona na pół. Mieszkańcy tych regionów odczują poprawę pogody

Muzeum, które na co dzień promuje edukację i szacunek do dziedzictwa narodowego, nagle stanęło w ogniu krytyki za udostępnienie przestrzeni pod komercyjny event o dużej skali, którego logistyka wyraźnie przerosła ochronne procedury obiektu. Konflikt interesów zarysował się tu wyjątkowo ostro: z jednej strony instytucja kultury, która musi dbać o swój prestiż i stan techniczny bezcennych zabytków, z drugiej – agresywna komercjalizacja przestrzeni publicznej.
Mieszkańcy Wilanowa skarżyli się na hałas trwający do godziny 3 nad ranem, co w tamtejszej gęsto zabudowanej dzielnicy mieszkalnej jest sytuacją skrajną. Dodatkowo, lokalizacja imprezy w bezpośrednim sąsiedztwie Rezerwatu Przyrody Morysin wzbudziła niepokój przyrodników. Przedstawiciele Ogólnopolskiego Towarzystwa Opieki nad Ptakami alarmowali, że tak głośne wydarzenie może poważnie odbić się na zwierzętach. Z kolei Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska (RDOŚ) w Warszawie potwierdził, że organizator nie wystąpił o zgodę na odstępstwo od zakazów obowiązujących w rezerwacie, co jest szczególnie istotne w trwającym właśnie okresie lęgowym ptaków.
Muzyka techno pod oknami króla. Finansowa prowokacja i rachunek za zniszczoną zieleń
W sprawę zaangażował się Mazowiecki Wojewódzki Konserwator Zabytków, Marcin Dawidowicz, oraz policja, do której zgłoszenie wysłał RDOŚ. Na dziedzińcu pałacu szybko rozpoczęły się prace naprawcze, mające przywrócić pierwotny stan zieleni, jednak niesmak pozostał.
Mazowiecki Wojewódzki Konserwator Zabytków poinformował, że przedstawiona dokumentacja nie dawała podstaw do odmowy zgody na organizację jednorazowego wydarzenia. Jak jednak zaznaczono w oświadczeniu, część działań odbyła się niezgodnie z zaakceptowanym programem - chodzi m.in. o wykorzystanie ciężkiego sprzętu przy montażu konstrukcji, użycie pirotechniki oraz ustawienie dźwigu. W sprawę zaangażowało się również Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich, które poinformowało we wtorek o podjęciu interwencji w sprawie organizacji imprezy na terenie muzeum w Wilanowie.
Dodatkowym cieniem na sprawie kładą się ustalenia stowarzyszenia Miasto Jest Nasze. Aktywiści wykazali, że dyrektor Paweł Jaskanis zasiada w Radzie Konsultacyjnej fundacji OmenaArt Foundation, która pełniła rolę mecenasa firmy organizującej wydarzenie. Mimo zapewnień dyrektora o braku korzyści finansowych z tego tytułu i skupieniu współpracy na konserwacji zabytków, stowarzyszenie domaga się jego dymisji, argumentując, że doszło do naruszenia standardów zarządzania dobrem narodowym.

Czytaj więcej: Omenaa Mensah rozkręca nowy biznes. To pierwsze takie wydarzenie w Polsce
Ile naprawdę zarobiło muzeum w Wilanowie na głośnej imprezie? Dyrektor przeprasza
Największe emocje wzbudziły jednak ujawnione przez media kwoty. Dyrektor muzeum, Paweł Jaskanis, w rozmowie z Wirtualną Polską przyznał, że placówka otrzymała 116 tys. zł netto z tytułu wynajmu przestrzeni na potrzeby Circoloco. Dla wielu obserwatorów suma ta wydała się rażąco niska w obliczu skali ryzyka i powstałych szkód. Co ciekawe, koszt samej rekultywacji zniszczonych trawników oszacowano na około 250 tys. zł. Choć dyrektor zapewnia, że koszty te zostaną w całości pokryte przez organizatora, a nie z kasy muzeum, to sam bilans ekonomiczny przedsięwzięcia stawia pod znakiem zapytania zasadność podejmowania takiej współpracy.
Jaskanis bronił decyzji, nazywając koncert "jednorazową prowokacją”, która miała uzmysłowić opinii publicznej, jak wysokie są koszty utrzymania muzeum - roczny budżet instytucji oscyluje w granicach od 29 do 33 mln zł. Jednocześnie w opublikowanym oświadczeniu oficjalnie przeprosił wszystkie osoby, które odczuły niedogodności związane z organizacją festiwalu.
Rozumiemy, że organizacja wydarzenia muzyki elektronicznej w przestrzeni historycznej rezydencji królewskiej mogła wywołać różnorodne reakcje społeczne. Traktujemy te głosy poważnie i z należytą uwagą. Koncert zakończył się o godz. 3:30. Wszystkie osoby, którzy odczuły związane z wydarzeniem niedogodności, przepraszamy. Środki pozyskane z najmu terenu zostaną przeznaczone na konserwację obiektów muzealnych – czytamy w komunikacie Muzeum.
Sytuacja w Wilanowie to jaskrawy przykład problemów, z jakimi borykają się polskie instytucje kultury w poszukiwaniu dodatkowych przychodów. Choć nowoczesne zarządzanie wymaga kreatywności, granica między mecenatem a eksploatacją jest bardzo cienka. Dyrekcja muzeum zapewnia, że ocenia przebieg wydarzenia i wyciągnie z tej sytuacji odpowiednie wnioski na przyszłość.