biznes finanse video praca handel Eko Energetyka polska i świat O nas
Obserwuj nas na:
BiznesINFO.pl > Finanse > Rząd chce obciążyć turystów nową opłatą. W tych miejscach zapłacą więcej
Julia Bogucka
Julia Bogucka 10.05.2026 14:37

Rząd chce obciążyć turystów nową opłatą. W tych miejscach zapłacą więcej

Rząd chce obciążyć turystów nową opłatą. W tych miejscach zapłacą więcej
Fot. ARKADIUSZ ZIOLEK/East News

Masowa turystyka każdego roku coraz mocniej dusi budżety polskich i europejskich miast. Przeludnione ulice oraz rosnące koszty utrzymania infrastruktury wymuszają na samorządowcach szukanie nowych źródeł finansowania. Na rządowym stole leży już projekt, który całkowicie przemodeluje zasady ponoszenia kosztów przez urlopowiczów.

Masowy najazd na kurorty kosztuje miliony. Tak świat walczy z przeludnieniem

Overtourism, czyli zjawisko nadmiernego obciążenia miast ruchem turystycznym, przestał być problemem wyłącznie zagranicznych metropolii. Napływ gości prowadzi dziś bezpośrednio do paraliżu komunikacyjnego i wzrostu cen najmu dla stałych mieszkańców. Zjawisko widać gołym okiem na ulicach Barcelony czy Amsterdamu, gdzie sfrustrowani obywatele regularnie protestują. Władze tracą potężne środki na ciągłe naprawy infrastruktury, wywóz śmieci i zapewnienie bezpieczeństwa.

Daniny rzędu kilku euro za każdą rozpoczętą dobę obowiązują już w wielu europejskich państwach i miastach, choć ich wysokość jest mocno zróżnicowana. Słynna włoska Wenecja poszła nawet o krok dalej, decydując się na biletowanie wstępu do miasta dla jednodniowych wycieczkowiczów, co ma ostudzić zapał najbardziej oszczędnych podróżnych.

Rząd chce obciążyć turystów nową opłatą. W tych miejscach zapłacą więcej
Fot. ARKADIUSZ ZIOLEK/East News

Polska turystyka od dawna mierzy się z podobnymi wyzwaniami, choć ich skala była bagatelizowana. Magiczne miejsca na mapie naszego kraju, jak centrum Krakowa czy plaże w Sopocie, latem pękają w szwach od naporu wczasowiczów. Jak pokazują statystyki, tylko w ubiegłym roku stolicę Małopolski odwiedziło grubo ponad dziewięć milionów osób. Taka skala uderzenia generuje ogromne zyski dla biznesu hotelowego, ale obarcza gospodarzy gigantycznymi kosztami. 

Utrzymanie czystości, renowacja zabytków czy komunikacja miejska wymagają stałego pompowania publicznych pieniędzy. Środowisko naturalne na południu cierpi przez rozjeżdżane szlaki, z kolei na północy wydmy przegrywają walkę ze spacerowiczami. Samorządy dotychczas miały związane ręce w kwestii rekompensat. Z każdym rokiem rośnie presja, aby zyski z branży przestały być prywatyzowane, a koszty uspołeczniane.

Ekologiczny absurd dusi samorządy. Obecne przepisy promują ucieczkę przed fiskusem

Funkcjonujący obecnie nad Wisłą system pobierania obowiązkowych należności jest archaiczny i skrajnie nieefektywny. W polskim prawie funkcjonują niezależnie od siebie dwie odrębne daniny potocznie nazywane klimatycznymi, to opłata miejscowa oraz uzdrowiskowa, a ich wysokość różni się w zależności od regionu. Najwyższe stawki tradycyjnie inkasują perły Bałtyku. W popularnym Kołobrzegu wczasowicze zostawiają w recepcjach nieco ponad sześć złotych za każdy dzień relaksu. Nieco taniej wypoczywa się u podnóża Tatr, gdzie zakopiańskie pensjonaty doliczają średnio trzy złote do rachunku. Prawo do nałożenia daniny jest jednak ograniczone.

Rząd chce obciążyć turystów nową opłatą. W tych miejscach zapłacą więcej
Fot. Marcin Tryc/Getty Images/CanvaPro

Kluczowa bariera dla włodarzy leży w przestarzałych ustawach klimatycznych. Przepisy warunkują zgodę na pobór środków od spełnienia rygorystycznych wskaźników jakości powietrza i udowodnienia mikroklimatu. W konsekwencji tego legislacyjnego błędu wielkie aglomeracje walczące ze smogiem zostają całkowicie pozbawione możliwości zrekompensowania sobie kosztów najazdu turystów. Paradoksalnie to w Warszawie czy Gdańsku ruch jest największy, a kasy miast nie widzą z tego tytułu ani grosza.

Co gorsza, mechanizm obiegu opiera się na dobrej woli właścicieli obiektów noclegowych. Gotówka trafia do kasetek w recepcjach, a szara strefa wciąż ma się doskonale. Ogólnopolskie wpływy przekraczają pułap kilkudziesięciu milionów w skali kraju. Warto pamiętać, że kwota ta mogłaby być wielokrotnie wyższa, gdyby procedury były szczelne, a obowiązek płacenia spoczywał na cyfrowych fundamentach. Przez nieszczelny system miliony bezpowrotnie wymykają się fiskusowi, a społeczności tracą fundusze.

Zobacz też: Resort zdrowia daruje kredyt. Nawet 22 tys. zł na semestr, ale trzeba spełnić warunki

Koniec z podziałami. Rząd narzuca jedną stawkę, która uderzy w portfele podróżnych

Sfrustrowani burmistrzowie doczekali się jednak przełomu, który zrewolucjonizuje finanse kurortów. Ministerstwo Sportu i Turystyki zapowiada pełną likwidację dotychczasowych podziałów i stworzenie spójnego mechanizmu. Z rynku zniknie nielogiczna konieczność udowadniania prozdrowotnych właściwości klimatu, co do tej pory skutecznie blokowało setki polskich gmin. Nowa, ujednolicona opłata turystyczna obejmie każdego wczasowicza, bez względu na to, czy oddycha on górskim powietrzem, czy podziwia krakowski Rynek w oparach spalin. Decyzja o wprowadzeniu podatku nadal pozostanie w rękach lokalnych samorządów, dając swobodę w polityce budżetowej.

Ujednolicenie tego i przekazanie pewnych kompetencji i możliwości działania samorządom uważam za jak najbardziej słuszny kierunek - powiedział Tomasz Bujok cytowany przez "Portal Samorządowy".

Prawdziwe emocje budzi górna granica planowanych obciążeń, która wywinduje koszty rodzinnych wyjazdów. Jak wynika z medialnych doniesień, nowa ustawa zrówna limity ze stawkami europejskimi, wprowadzając maksymalny próg poboru na poziomie około 11 złotych za każdą zaksięgowaną noc. To nie jest jednak jeszcze potwierdzone. Oznacza to, że czteroosobowa rodzina spędzająca dwa tygodnie nad polskim morzem zapłaci dodatkowo ponad sześćset złotych samego podatku. Urzędnicy przekonują jednak, że drastyczna zmiana jest absolutnie konieczna dla ratowania infrastruktury.

Większe znaczenie niż sama wysokość opłaty miałoby jej "usystematyzowanie na wzór podatkowy", które zobowiązywałoby przedsiębiorców do jej poboru i rozliczania - zauważa Bujok.

Zebrany w ten sposób kapitał ma zasilić wprost dziurawe fundusze samorządów i wesprzeć lokalne inwestycje drogowe. Rozważane są mechanizmy odprowadzania ułamka kwoty na konta instytucji promujących nasz kraj. Zjednoczona danina to logiczny parasol, który wreszcie zamortyzuje finansowe uderzenie fali ludzi napierającej na ośrodki. Konkluzja jest brutalna, ale prawdziwa, za komfort utrzymania czystych i bezpiecznych miast w erze globalnych podróży ostateczny rachunek musi uregulować sam korzystający.

Bądź na bieżąco - najważniejsze wiadomości z kraju i zagranicy
Google News Obserwuj w Google News
Wybór Redakcji
BiznesINFO.pl
Obserwuj nas na: