„Złoto jest dla bidoków". Znany inwestor punktuje NBP i tłumaczy dlaczego nie inwestuje w złoto
Prowokacyjna rolka, w której znany inwestor nazwał złoto aktywem dla naiwnych, zrobiła w sieci swoje. Ale za clickbaitem kryje się poważny zarzut - i to nie tylko wobec inwestorów indywidualnych, lecz także wobec polskiego banku centralnego, który skupuje kruszec na potęgę. Czy NBP popełnia błąd?
Bezproduktywny metal kontra spółka, która generuje wartość
Albert Rokicki, inwestor giełdowy znany jako Longterm, w rozmowie z Darkiem Dziduchem, redaktorem naczelnym Biznes Info, nie owijał w bawełnę. „Dla mnie złoto jest bezproduktywnym aktywem" - stwierdził, powołując się na słynne określenie Warrena Buffetta o „non productive asset". Logika jest prosta: kruszec można zakopać w ogródku i liczyć, że przechowa wartość pieniądza, ale sam z siebie nie wygeneruje ani grosza. Rokicki nie twierdzi, że na złocie musi się stracić - historycznie w długim terminie rosło.
Zwraca jednak uwagę, że bywały wieloletnie okresy stagnacji, jak choćby od 2011 do 2015 roku, gdy metal tkwił w letargu. W jego ocenie w kolejnych latach istnieje spore ryzyko, że cena obniży się nawet o kilkadziesiąt procent, a kto spanikuje na dołku, będzie potem pluł sobie w brodę. Alternatywa? Spółki dywidendowe. Rokicki podkreśla, że złoto co najwyżej ochroni przed inflacją - przy inflacji rzędu 15 proc. da zarobić może 16-20 proc. Tymczasem dobre polskie spółki dywidendowe potrafią wypłacać 8, a nawet 10 procent stopy dywidendy w stosunku do kursu. To realny pieniądz, który co roku wpada na rachunek.
Antydolar, korekta i pułapka „bezpiecznej przystani"
Skąd w ogóle popularność kruszcu? Rokicki tłumaczy ją bardziej psychologią niż chłodną kalkulacją. Ludzie traktują złoto jako coś namacalnego - sztabkę w sejfie, którą „w razie czego zabiorę ze sobą". W jego ocenie to głównie ten fizyczny charakter buduje iluzję bezpieczeństwa. Dane temu przeczą. Jak zauważa sam Dziduch, nawet fundusze ETF oparte na złocie mają wskaźnik zmienności SRRI na poziomie pięć do sześć w siedmiostopniowej skali - to nie jest aktywo o niskiej zmienności.
Rokicki dorzuca kluczowy mechanizm: złoto to przede wszystkim antydolar. Działa korelacja odwrotna - gdy dolar się umacnia, kruszec spada, i odwrotnie. Ostatnia przecena wzięła się właśnie z ucieczki kapitału do amerykańskiej waluty jako bezpiecznej przystani. Inwestor ostrzega przy tym przed podwójnym ryzykiem: złoto jest wyceniane w dolarze, więc Polak może stracić i na cenie kruszcu, i na kursie walutowym.
Administracja Donalda Trumpa teoretycznie chce osłabiać dolara, co daje jakiś inwestycyjny sens dla zakupów, ale Rokicki przypomina, że w USA majaczą podwyżki stóp, a te - umacniając walutę - mogłyby zepchnąć metale szlachetne w dół. Jego puenta jest gorzka: nie ma nic bezpiecznego, a modelowy portfel sixty-forty rozczarował w 2022 roku, gdy runęły jednocześnie akcje i obligacje.
Dlaczego NBP powinien kupować spółki zamiast kruszcu
Najmocniejszy wątek rozmowy dotyczy jednak nie inwestorów, lecz naszego banku centralnego. Polska jest dziś jednym z największych nabywców złota na świecie - Rokicki i Dziduch przypominają, że w maju NBP był wręcz liderem zakupów, wyprzedzając Chiny, a rezerwy przekroczyły sześćset ton.
Docelowo udział kruszcu w rezerwach ma sięgnąć nawet 30 proc. Zdaniem Rokickiego to już przesada.
„NBP Popełnia błąd kogoś, kto osiągnął duży sukces na jakimś aktywie i nie jest w stanie odejść od stołu"
- ocenia decyzje zarządu banku centralnego, zastrzegając, że sam może się mylić.
Jego propozycja brzmi nieszablonowo, ale nie jest bezprecedensowa: część rezerw można byłoby ulokować w polskich spółkach dywidendowych. To nie science fiction - Bank Japonii, Narodowy Bank Szwajcarii oraz norweski Norges Bank robią to od lat, a norweski fundusz majątkowy inwestuje nawet w polskie walory, choć z zasadą nieprzekraczania dwóch procent w pojedynczej spółce. Rokicki argumentuje, że tanie spółki Skarbu Państwa i krajowa energetyka mają strategiczne znaczenie, a zagranica i tak się nimi nie zainteresuje, bo są kontrolowane przez państwo. NBP mógłby na nich zarabiać - na dywidendach, a z czasem nawet na sprzedaży, gdyby uznał je za przewartościowane. Jako podatnik, jak sam mówi, podpisałby się pod takim rozwiązaniem obiema rękami. To teza, z którą można się spierać, ale trudno odmówić jej wewnętrznej logiki.