Uwielbiany sklep otwarty także w każdą niedzielę. Klienci się ucieszą, sieć sprytnie obchodzi przepisy
Ograniczenia w handlu od lat budzą ogromne kontrowersje na polskim rynku. Duże sieci detaliczne wielokrotnie próbowały znaleźć luki w przepisach, by przyciągnąć klientów. Kiedy wydawało się, że ustawodawca zamknął wszystkie furtki, branża ponownie udowadnia, że kreatywność biznesu nie zna granic.
Regulacje pełne wyjątków i rynkowa specyfika polskiego handlu
Zakaz handlu w niedzielę obowiązuje w Polsce od marca 2018. Wprowadzany był etapami, początkowo pozwalał na otwieranie placówek w pierwszą i ostatnią niedzielę miesiąca, by docelowo w dwa tysiące dwudziestym roku ograniczyć tę możliwość do zaledwie siedmiu dni w kalendarzu. Wyjątki obejmują zazwyczaj weekendy poprzedzające najważniejsze święta oraz okresy wzmożonego ruchu. Regulacja ta dotyczy zdecydowanej większości dużych obiektów, w których odbywają się zakupy detaliczne.

Celem ustawodawcy było zagwarantowanie pracownikom sektora handlowego prawa do odpoczynku. Prawo to okazało się jednak dziurawe, a katalog wyłączeń od początku budził kontrowersje. Ustawa przewiduje ponad trzydzieści wyjątków, zezwalając na funkcjonowanie stacji paliw, aptek czy placówek, gdzie za ladą staje sam właściciel. Sklepy spożywcze w Polsce tworzą zróżnicowany ekosystem, mocno odróżniający nas od innych rynków, ponieważ rodzimi konsumenci wypracowali specyficzny model konsumpcji. Dominują tu potężne sieci dyskontów, które przejęły lwią część portfeli konsumentów.
Z drugiej strony na każdym osiedlu funkcjonują placówki typu convenience, czyli niewielkie sklepy stawiające na szybką obsługę i towary pierwszej potrzeby. Rodzimy konsument ceni sobie bliskość i dostępność, dlatego zamknięty hipermarket czy dyskont oznacza stratę utargu dla sieci i przesunięcie popytu w stronę mniejszych formatów. Właściciele dużych obiektów obserwują, jak w dni objęte restrykcjami obroty mniejszych konkurentów rosną w zawrotnym tempie, co budzi frustrację i napędza machinę poszukiwania luk prawnych. Społeczeństwo jest w tej kwestii podzielone: znaczna część z chęcią wróciłaby do możliwości robienia dużych zapasów w weekend, podczas gdy inni doceniają poprawę jakości życia pracowników.
Od usług pocztowych po wypożyczalnie sprzętu sportowego
Historia zmagań branży z ograniczeniami to w zasadzie kronika nieustannej gry z administracją państwową. Gdy tylko przepisy weszły w życie, rozpoczęło się testowanie ich szczelności. Pierwszym i najbardziej powszechnym sposobem na omijanie regulacji stało się przekształcanie marketów w placówki pocztowe. Proceder ten wykorzystywał wyłączenie dla firm świadczących usługi logistyczne. Giganci masowo podpisywali umowy z operatorami pocztowymi, przez co niemal każdy sklep zyskał status punktu odbioru przesyłek. W świetle ówczesnego prawa pozwalało to na legalne otwarcie drzwi w siódmy dzień tygodnia.
Skutki tego zjawiska były lawinowe, a konsumenci ponownie mogli robić duże zapasy. Ustawodawca szybko postanowił jednak uszczelnić przepisy. Nowelizacja wprowadziła warunek, zgodnie z którym status placówki pocztowej chroni przed zakazem tylko te obiekty, gdzie przychody z działalności kurierskiej wynoszą minimum czterdzieści procent obrotu. Wydawało się, że to ostateczny cios dla rynkowych forteli, jednak sposoby omijania zakazu handlu zaczęły ewoluować w kierunku bardziej egzotycznych rozwiązań.
Niektóre markety próbowały funkcjonować jako dworce autobusowe, inne instalowały w swoich wnętrzach wypożyczalnie sprzętu sportowego. Pojawiały się także próby przekształcania części obiektów w punkty informacji turystycznej. Metody te wiązały się z ogromnym ryzykiem prawnym i wzmożonymi kontrolami. Inspektorzy skrupulatnie analizowali charakter działalności, często kierując sprawy do sądów. Pokazywało to wyraźnie, że determinacja w walce o klienta jest warta zaryzykowania wysokich kar, a rynek zawsze szuka luki.
Zobacz też: Nowy hit nad Bałtykiem. Znajdziesz go w każdej budce, zajadają się nie tylko najmłodsi
Regały z książkami obok nabiału, czyli najnowszy rynkowy fortel
Sklep E.Leclerc w Radomiu znalazł sposób na działalność także w niedziele objęte zakazem handlu. Placówka przy ul. Toruńskiej 1 poinformowała, że od 14 czerwca 2026 r. będzie otwarta w każdą niedzielę, również tę niehandlową. Klienci będą mogli robić zakupy w godz. 10-17. Podstawą do otwarcia sklepu ma być uruchomienie na jego terenie "Kącika Czytelniczego”. To przestrzeń przygotowana z myślą o osobach zainteresowanych książkami i odpoczynkiem. W ramach inicjatywy działa także Klub Czytelnika, do którego można dołączyć po złożeniu wniosku w punkcie obsługi klienta. Dzięki temu placówka korzysta z wyjątku przewidzianego dla działalności związanej z usługami bibliotecznymi.
Rozwiązanie szybko wzbudziło kontrowersje, ponieważ podobne praktyki są postrzegane jako sposób na obchodzenie ograniczeń w handlu w niedziele. Coraz więcej sklepów spożywczych próbuje wykorzystywać luki w przepisach, uruchamiając na swoim terenie dodatkowe usługi, które formalnie pozwalają im przyjmować klientów także w dni objęte zakazem.
Krytycznie do takich działań odnoszą się związki zawodowe. Przedstawiciele handlowej Solidarności od dawna wskazują, że część sieci szuka pretekstów do otwierania sklepów w niedziele niehandlowe, zamiast respektować cel przepisów. Alfred Bujara, przewodniczący sekcji handlowej NSZZ "Solidarność”, przekonywał w rozmowie z portalspozywczy.pl, że obecne kary są zbyt niskie i nie zniechęcają przedsiębiorców do naginania prawa.
W Polsce bardziej opłaca się naginać przepisy niż ich przestrzegać. Kary za otwieranie sklepu w niehandlowe niedziele są zbyt niskie, powinny być zdecydowanie bardziej dotkliwe i o to będziemy również wnioskować do pani minister Dziemianowicz-Bąk - przekonywał Bujara.