Uwielbiany przez Polaków kraj zaostrza przepisy. Regulacje uderzą w każdego turystę bez wyjątku
Stolica Portugalii, będąca od lat jednym z ulubionych celów wakacyjnych Polaków, wprowadza restrykcyjne przepisy, które uderzą w dotychczasowy styl zwiedzania miasta. Nowe regulacje mają ukrócić nocne ekscesy w dzielnicach turystycznych, ale dla wielu podróżnych mogą okazać się kosztowną pułapką.
- Turystyka masowa wymyka się spod kontroli
- Prohibicja i wysokie sankcje finansowe
- Konflikt interesów w sercu stolicy Portugalii
Turystyka masowa wymyka się spod kontroli
Lizbona, podobnie jak inne europejskie metropolie, zmaga się z ciemną stroną swojej popularności. Dynamiczny wzrost liczby odwiedzających, który w ostatnich latach przybrał formę zjawiska określanego jako overtourism (nadmierna turystyka), całkowicie odmienił tkankę miejską stolicy Portugalii. Dzielnice takie jak Bairro Alto czy Cais do Sodré, znane z wąskich urokliwych uliczek i bogatego życia nocnego, stały się areną nieustannego konfliktu interesów.
Z jednej strony mamy sektor usługowy, który czerpie gigantyczne zyski z przyjezdnych, z drugiej mieszkańców, dla których codzienne funkcjonowanie stało się udręką. Władze miasta przyznają otwarcie, że masowy napływ turystów doprowadził do drastycznego pogorszenia się jakości życia lokalnej społeczności.
Głównym winowajcą jest wszechobecny hałas, generowany przez tysiące osób biesiadujących na zewnątrz lokali do białego rana. Sytuacja ta wymusiła na ratuszu podjęcie radykalnych kroków, które mają przywrócić w mieście namiastkę spokoju, nawet jeśli odbędzie się to kosztem wizerunku "rozrywkowego raju".

Ten trend nie jest odosobniony – podobne kroki podejmowały już wcześniej władze Wenecji czy Amsterdamu, próbując odsunąć turystykę od jej najbardziej destrukcyjnych, "imprezowych" form. W Lizbonie problem stał się jednak na tyle palący, że nowe prawo uderza bezpośrednio w nawyki konsumpcyjne osób spędzających czas w przestrzeni publicznej. Nie chodzi tu tylko o komfort snu mieszkańców, ale również o bezpieczeństwo i estetykę miasta, które po każdej nocy wymagało kosztownego sprzątania.
Warto zauważyć, że Lizbona od lat znajdowała się w czołówce rankingów na najlepszy city break (krótki, kilkudniowy wyjazd do miasta), co przyciągało specyficzny rodzaj turysty, nastawionego na intensywne zwiedzanie połączone z tanią rozrywką. Teraz ta grupa będzie musiała zweryfikować swoje plany, a przedsiębiorcy dostosować się do nowej rzeczywistości, która z pewnością odbije się na ich obrotach.
Prohibicja i wysokie sankcje finansowe
Przełomową datą dla lizbońskiego sektora turystycznego jest 16 lutego. To właśnie wtedy wchodzą w życie przepisy opublikowane w Biuletynie Rady Miejskiej Lizbony, które wprowadzają ścisłe ramy czasowe dla sprzedaży alkoholu. Zakaz nie jest jednak całkowity – dotyczy on sprzedaży trunków na wynos w miejscach publicznych. Oznacza to, że turyści nie będą mogli już swobodnie spacerować z drinkiem czy piwem w ręku po upływie określonej godziny.
Harmonogram ograniczeń został podzielony na dwie kategorie. Od niedzieli do czwartku prohibicja w przestrzeni otwartej obowiązuje w godzinach od 23:00 do 8:00 rano. W weekendy, czyli od piątku do soboty, kiedy natężenie ruchu turystycznego jest największe, ramy te są nieco luźniejsze i zakaz zaczyna obowiązywać od północy, trwając również do 8:00 rano. Nowe prawo obejmuje niemal wszystkie typy placówek: od restauracji i barów, przez dyskoteki, aż po kina, teatry i hotele.

Największe emocje budzi jednak taryfikator kar, który został skonstruowany tak, by skutecznie zniechęcać do łamania przepisów. Osoby indywidualne, które zostaną przyłapane na konsumpcji alkoholu kupionego na wynos po godzinie policyjnej, muszą liczyć się z mandatem w wysokości od 150 do 1000 euro (czyli od około 633 zł do 4,2 tys. zł). Jeszcze surowiej potraktowano przedsiębiorców, którzy będą ułatwiać taką sprzedaż.
Podmioty zbiorowe mogą zostać ukarane grzywną w przedziale od 350 do nawet 3000 euro (od 1,4 tys. zł do 12,6 tys. zł). Tak wysokie sankcje mają być jasnym sygnałem, że miasto nie zamierza stosować taryfy ulgowej. Policja miejska ma otrzymać dodatkowe uprawnienia i środki na patrolowanie najpopularniejszych traktów turystycznych, co w praktyce oznacza koniec ery beztroskiego picia "pod chmurką", z którego Lizbona słynęła przez dekady.
Konflikt interesów w sercu stolicy Portugalii
Decyzja władz Lizbony wywołała głęboki podział wśród opinii publicznej. Z jednej strony mieszkańcy centralnych dzielnic witają nowe regulacje z ulgą, widząc w nich szansę na odzyskanie kontroli nad własnym otoczeniem i ograniczenie hałasu, który stał się barierą nie do zniesienia. Z drugiej strony przedsiębiorcy, właściciele małych barów i restauratorzy, ostrzegają przed katastrofalnymi skutkami ekonomicznymi.
Twierdzą oni, że zakaz uderza w fundamenty ich modelu biznesowego, który opierał się na rotacji klientów i swobodnym charakterze nocnej rozrywki. Krytycy wskazują również na ryzyko, że tłumy, zamiast rozejść się do domów, przeniosą się do niekontrolowanych stref lub będą próbowały omijać zakazy w sposób bardziej kreatywny, co tylko skomplikuje pracę służb porządkowych. Istnieje obawa, że Lizbona może stracić swój unikalny klimat, który przyciągał ludzi z całego świata, stając się miastem sterylnym i mniej atrakcyjnym dla młodszych pokoleń podróżników.
Konsekwencje tych zmian wykraczają jednak poza czysty zysk czy spokój mieszkańców. To również ważna lekcja dla polskiego turysty, który musi teraz wyjątkowo uważać na swój portfel podczas city breaku w Portugalii. Nieznajomość lokalnego prawa, zwłaszcza tak świeżego, nie będzie zwalniać z odpowiedzialności finansowej, a kwota 4,2 tys. zł kary za niewinne – w mniemaniu wielu – piwo wypite na ulicy po północy, może zrujnować budżet całego wyjazdu.