Polacy mogą się nieprzyjemnie zaskoczyć podczas rozliczenia PIT. Większe zarobki nie zawsze ucieszą
Początek 2026 roku przyniósł podniesienie płacy minimalnej do 4806 zł brutto. Jednocześnie drugi próg podatkowy nadal wynosi 120 tys. zł rocznie i nie został zaktualizowany wraz ze wzrostem płac. Efekty pracownicy dostrzegą już wkrótce w rozliczeniu PIT. Wiadomo, jak to będzie wyglądało, pensja okaże się niższa.
- Wkrótce Polacy rozliczą PIT
- Wzrost płacy minimalnej w 2026
- Skutki dla pracowników mogą być dotkliwe
Wkrótce Polacy rozliczą PIT
Polska debata publiczna w ostatnich miesiącach koncentrowała się wokół obietnic podniesienia kwoty wolnej od podatku, która ostatecznie w 2026 roku pozostała na poziomie 30 tys. zł. W cieniu tych dyskusji umknął jednak fakt, który dla portfeli Polaków może mieć znacznie bardziej dotkliwe skutki, brak waloryzacji drugiego progu podatkowego. Limit 120 tys. zł dochodu rocznego, po przekroczeniu którego stawka podatku PIT skacze z 12 do 32 proc., został ustalony w 2022 roku w ramach reformy Polskiego Ładu.

Od tego czasu skumulowana inflacja oraz dynamiczny wzrost wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw radykalnie zmieniły siłę nabywczą pieniądza, jednak parametry podatkowe pozostały w miejscu. Efekt tego zaniechania jest prosty do przewidzenia: to, co cztery lata temu było pensją “menedżerską”, dziś staje się standardem dla wielu inżynierów, informatyków czy pracowników sektora usług specjalistycznych. Zamrożenie progu przy jednoczesnym wzroście płac oznacza, że pracownicy szybciej ”wpadają” w wyższą stawkę podatkową. Ministerstwo Finansów, mimo apeli organizacji pracodawców, nie zdecydowało się na ruch waloryzacyjny, co w praktyce oznacza cichą podwyżkę podatków. Dla budżetu państwa jest to mechanizm niezwykle korzystny, gdyż pozwala zwiększać wpływy z PIT bez konieczności niepopularnego ogłaszania podwyżki stawek w ustawie, wystarczy pozwolić inflacji i presji płacowej zrobić swoje.
Wzrost płacy minimalnej w 2026
Zrozumienie mechanizmu wpadania w drugi próg podatkowy jest kluczowe dla uniknięcia finansowego szoku pod koniec roku. Limit 120 tys. zł dotyczy dochodu, a nie przychodu, oznacza to, że bierzemy pod uwagę kwotę brutto pomniejszoną o koszty uzyskania przychodu oraz składki na ubezpieczenie społeczne (emerytalne, rentowe, chorobowe), które finansuje pracownik. W 2026 roku, przy minimalnym wynagrodzeniu ustalonym na poziomie 4806 zł brutto, najmniej zarabiający są wciąż bezpieczni, ale margines bezpieczeństwa dla "średniaków” drastycznie się kurczy.

Problem ujawnia się najczęściej w czwartym kwartale. Pracownik, którego średnia pensja brutto wynosi około 12-13 tys. zł, przez większość roku cieszy się opodatkowaniem na poziomie 12 proc. (z uwzględnieniem kwoty zmniejszającej podatek). Jednak w momencie, gdy suma jego dochodów narastająco od początku roku przekroczy granicę 120 tys. zł, zaliczka na podatek dochodowy od nadwyżki ponad tę kwotę wzrasta niemal trzykrotnie, bo do 32 proc. W praktyce oznacza to, że listopadowa lub grudniowa pensja trafiająca na konto może być niższa nawet o kilka tysięcy złotych w porównaniu do wypłat z początku roku. Wielu podatników, nieświadomych tego mechanizmu, planuje świąteczne wydatki w oparciu o stałą wysokość wpływów, co kończy się bolesnym rozczarowaniem tuż przed Bożym Narodzeniem. Co więcej, jeśli pracodawca nie odprowadzi wyższych zaliczek w terminie (np. z powodu błędnego oświadczenia pracownika), dopłata podatku w rocznym zeznaniu PIT może wynieść równowartość miesięcznej pensji.
Skutki dla pracowników mogą być dotkliwe
Sytuacja w 2026 roku jest o tyle specyficzna, że wzrost płacy minimalnej wywiera presję na całą siatkę płac w firmach. Pracodawcy, musząc podnieść wynagrodzenia najmniej zarabiającym do poziomu 4806 zł, często są zmuszeni do proporcjonalnego podnoszenia pensji specjalistom, aby zachować tzw. spłaszczenie struktury płac. To zjawisko wypycha tysiące osób ponad próg 120 tys. zł dochodu. Szacuje się, że grono osób wpadających w drugi próg podatkowy przy rozliczeniu na zasadach ogólnych będzie w tym roku wyraźnie szersze, podczas gdy jeszcze kilka lat temu problem ten dotyczył wąskiej elity finansowej.
Eksperci podatkowi zwracają uwagę, że obecna konstrukcja systemu podatkowego, w połączeniu z brakiem automatycznej waloryzacji progów o wskaźnik inflacji, działa demotywująco. Przekroczenie progu jest często postrzegane jako "kara za sukces” lub za ciężką pracę w nadgodzinach. Warto zauważyć, że osoby zarabiające w granicach 14-15 tys. zł brutto miesięcznie nie czują się krezusami, zwłaszcza w dużych aglomeracjach, gdzie koszty życia i kredytów hipotecznych są najwyższe. To właśnie w tę grupę najmocniej uderza zamrożenie progu. Zamiast budować stabilną klasę średnią, system podatkowy spycha ją w objęcia wyższego opodatkowania, co w dłuższej perspektywie może skłaniać specjalistów do poszukiwania alternatywnych form zatrudnienia (np. ryczałt czy B2B), co z kolei paradoksalnie może obniżyć wpływy do budżetu i systemu ubezpieczeń społecznych. Dyskusja o podniesieniu progu, np. do 150 tys. lub 180 tys. zł, wydaje się nieunikniona, choć przy obecnych napięciach budżetowych mało prawdopodobna w bieżącym roku podatkowym.