AI wycięła pierwszy szczebel kariery. Oni już płacą rachunek
Co czwarty pracujący Polak uważa sztuczną inteligencję za największe zagrożenie dla miejsc pracy w kraju. Kiedy jednak to samo pytanie dotyczy jego własnego zawodu, lęk gwałtownie topnieje. Ten rozjazd między diagnozą rynku a diagnozą samego siebie ma już całkiem wymierną cenę.
Boimy się o rynek pracy, ale nie o siebie
Sztuczna inteligencja po raz pierwszy awansowała na pierwsze miejsce listy zagrożeń, jakie polscy pracownicy dostrzegają dla rodzimego rynku pracy. Wskazuje ją 26 proc. badanych, przed kosztami prowadzenia działalności (18 proc.), konkurencją pracowników z zagranicy (15 proc.) i pogarszającą się koniunkturą (14 proc.). Jeszcze dwa lata temu takie wskazanie byłoby ewenementem, bo ryzyka technologiczne przegrywały wtedy w rankingach obaw z inflacją i kosztami życia.
Problem zaczyna się w chwili, gdy pytanie przestaje być abstrakcyjne. Zaledwie 17 proc. pracujących obawia się, że w ciągu pięciu lat ich własny zawód przestanie być potrzebny. Aż 61 proc. takiego ryzyka nie widzi w ogóle, a kolejne 22 proc. przyznaje, że nigdy się nad tym nie zastanawiało. Mówiąc wprost: rewolucja owszem, ale u sąsiada.
Deklaracje o gotowości do zmiany brzmią przy tym całkiem nieźle. Przekwalifikowanie wybrałoby 31 proc. pracujących, gdyby ich zawód stracił rację bytu, a co czwarty szukałby zajęcia o podobnym charakterze. Tyle że 60 proc. badanych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy nie wzięło udziału w żadnym szkoleniu zawodowym. Wśród osób z wykształceniem zasadniczym lub podstawowym odsetek ten sięga 83 proc., a na wsi w szkoleniach uczestniczyło 35 proc. pracujących wobec 51 proc. w największych miastach. Rozwój kompetencji trafia więc przede wszystkim do tych, którzy i tak mają na rynku mocną pozycję.
- Gotowości do zmiany nie mierzy się deklaracją, tylko działaniem - komentuje wyniki Krzysztof Inglot, założyciel Personnel Service i ekspert rynku pracy. Jego zdaniem przekwalifikowanie wciąż traktujemy jak koło ratunkowe, po które sięga się dopiero wtedy, gdy problem już jest, a wtedy bywa za późno. Znacznie łatwiej zdobywać nowe kompetencje, mając stabilne zatrudnienie, dochód i czas na zaplanowanie kolejnego kroku.
Dwunastu programistów zamiast... sześćdziesięciu
Najostrzej widać to tam, gdzie jeszcze niedawno panowało przekonanie o dożywotnim bezpieczeństwie zawodowym. Inglot przytacza rozmowę z menedżerem pracującym z kilkudziesięcioma tysiącami informatyków w software housie realizującym zlecenia dla klientów zewnętrznych. Do niedawna na napisanie zadanego oprogramowania potrzebował pięćdziesięciu do sześćdziesięciu juniorów i specjalistów średniego szczebla. Dziś, jak twierdzi, wystarcza mu dwunastu do szesnastu osób na tę samą pracę, w tym samym albo krótszym czasie. To relacja pojedynczego menedżera, nie dane branżowe, ale kierunek potwierdzają twardsze wskaźniki.
Wymagania stawiane dziś osobom wchodzącym do zawodu przesunęły się o kilka lat w górę. W publicznych wypowiedziach przedstawicieli największych firm technologicznych powtarza się teza, że poprzeczka dla juniora odpowiada dziś poziomowi programisty średniego szczebla sprzed trzech lat. Efekt jest arytmetyczny: model kariery, w którym najpierw odrabia się żmudne godziny na researchu, porządkowaniu baz i prostych analizach, stracił ekonomiczny sens. Te czynności sztuczna inteligencja wykonuje w kilkanaście minut zamiast w dwa dni.
Statystyka rynku pracy zaczyna to odzwierciedlać. Stopa bezrobocia w grupie 15-24 lata wyniosła w pierwszym kwartale 2026 roku 12,5 proc. przy 3,3 proc. dla ogółu pracujących. Osoby do trzydziestego roku życia stanowiły w lipcu 23,5 proc. wszystkich zarejestrowanych bezrobotnych. W Małopolsce, gdzie ogólna stopa bezrobocia należy do najniższych w kraju, zatrudnienie w działalności profesjonalnej, naukowej i technicznej spadło w skali roku o 13,6 proc. Spadki objęły także sektor informacji i komunikacji. Pierwsza praca stała się osobnym problemem rynku pracy, a nie jego mniejszą wersją. Po dwudziestym piątym roku życia sytuacja wyraźnie się poprawia, co tylko potwierdza, gdzie leży wąskie gardło.
Drabina bez pierwszych szczebli
Zjawisko, o którym mówi Inglot, nie jest klasycznym cięciem etatów. To wytrącenie pierwszych szczebli drabiny zawodowej - tej części ścieżki, na której człowiek uczył się zawodu, popełniając tanie błędy na tanich zadaniach. Kiedy te zadania znikają, znika też mechanizm dostarczający firmom specjalistów za pięć i dziesięć lat. Firma, która dziś oszczędza na czterdziestu juniorach, za dekadę może nie mieć skąd wziąć seniorów. Nikt jednak nie rozlicza kwartalnych wyników z tak odległej perspektywy.
Recepta, którą proponuje ekspert, brzmi prosto i niewygodnie zarazem. Każdy powinien wykonać coś w rodzaju zawodowego rachunku sumienia: rozpisać własne obowiązki i policzyć, jaką ich część sztuczna inteligencja potrafi dziś wykonać. Jeśli odpowiedź brzmi trzydzieści procent, a reszta pracy jest unikalna, to narzędzia AI należy wprowadzić do własnego warsztatu, zanim zrobi to za nas ktoś inny. Jeśli odpowiedź zbliża się do stu procent, rozmowa dotyczy już zmiany zawodu, a nie usprawnienia obecnego.
Paradoksalnie największym ryzykiem nie są objęci ci, którzy się boją. Zagrożenia dla własnego zawodu obawia się 27 proc. osób w wieku 25-34 lata, ale już tylko 12 proc. czterdziestolatków po pięćdziesiątce i 7 proc. pracowników po pięćdziesiątym piątym roku życia. Grupa 45-54 lata ma przed sobą jeszcze dekadę albo półtorej aktywności zawodowej i praktycznie nie dostrzega ryzyka. To ona, a nie dwudziestolatkowie, może okazać się najbardziej niedoszacowaną częścią tej transformacji.
Wracając do rozjazdu, od którego zaczęliśmy: rynek pracy zmienia się szybciej, niż zmieniają się nasze wyobrażenia o własnej pozycji na nim. Sztuczna inteligencja nie musi likwidować całych zawodów, żeby przebudować ich zawartość. Wystarczy, że zabierze z nich to, co dotąd było przepustką dla nowych.