Założył pompę ciepła i fotowoltaikę, gdy spojrzał na rachunek, zdębiał. Kwota odbiera mowę
Miał być ekologiczny sen o tanim cieple, a jest finansowy koszmar i poczucie bezradności. Tysiące Polaków, którzy wymienili kopciuchy na nowoczesne pompy ciepła, zderzają się z brutalną rzeczywistością. Jeden z użytkowników pokazał, ile wyniósł jego rachunek za grudzień. Tyle musi zapłacić.
- Polacy inwestują w fotowoltaikę i pompy ciepła
- Ten model może się nie opłacić
- Tyle wyniósł rachunek w grudniu
Polacy inwestują w fotowoltaikę i pompy ciepła
Jeszcze dekadę temu polski krajobraz grzewczy był monolitem opartym na węglu. Dziś, choć ten surowiec wciąż ogrzewa znaczną część domów, dynamika zmian jest niepodważalna. Według danych z Centralnej Ewidencji Emisyjności Budynków (CEEB), kotły na paliwo stałe nadal stanowią istotny odsetek źródeł ciepła, przekraczający 17 proc. w 2023 roku, jednak gaz i energia elektryczna wyraźnie zyskują na znaczeniu. Wymiana źródeł ciepła była napędzana nie tylko rosnącą świadomością ekologiczną, ale przede wszystkim potężnym strumieniem dotacji z programu "Czyste Powietrze” oraz wizją uniezależnienia się od rosnących cen opału. Mechanizm był prosty: państwo zachęcało do porzucenia emisyjnych pieców na rzecz pomp ciepła, argumentując to niskimi kosztami eksploatacji, zwłaszcza w połączeniu z fotowoltaiką.

To, co wyglądało doskonale w ministerialnych prezentacjach, w zderzeniu z realiami rynku energii i specyfiką polskich budynków okazało się pułapką. Wielu inwestorów nie doszacowało kosztów modernizacji termicznej budynków, instalując nowoczesne urządzenia w domach o niskiej efektywności energetycznej. W efekcie, zamiast darmowego ciepła, otrzymali oni urządzenia pracujące na najwyższych obrotach, zużywające energię w tempie, którego nie przewidziały optymistyczne kalkulacje audytorów. Sytuację skomplikowało również zamrożenie cen energii, które choć chroniło odbiorców, wprowadziło chaos w prognozowaniu długoterminowych kosztów eksploatacji.
Ten model może się nie opłacić
Teoretyczny model idealnego duetu, czyli pompy ciepła zasilanej panelami fotowoltaicznymi, opiera się na założeniu, że prąd wyprodukowany ze słońca pokryje zapotrzebowanie urządzenia grzewczego. Fizyka i geografia są jednak nieubłagane. Największe zapotrzebowanie na energię do ogrzewania przypada w Polsce na miesiące zimowe, grudzień, styczeń i luty, kiedy wydajność instalacji fotowoltaicznych jest marginalna ze względu na krótkie dni i duże zachmurzenie. Pompa ciepła, będąca de facto urządzeniem elektrycznym, w mroźne dni musi pobierać prąd bezpośrednio z sieci, często wspomagając się wbudowanymi grzałkami oporowymi, gdy temperatura na zewnątrz spada poniżej określonego poziomu. To właśnie wtedy licznik zużycia energii zaczyna bić najszybciej.

Problem pogłębiły zmiany w systemie rozliczeń prosumentów. Przejście z korzystnego systemu opustów (net-metering) na net-billing sprawiło, że energia oddawana do sieci latem jest sprzedawana po rynkowych, często niskich stawkach, a prąd kupowany zimą do zasilania pompy trzeba nabywać znacznie drożej. To zachwiało ekonomicznym uzasadnieniem wielu inwestycji. Dodatkowo rynek pomp ciepła w 2024 roku przeżył załamanie, sprzedaż spadła o ponad 30 proc., co branża tłumaczy niepewnością regulacyjną i właśnie wysokimi cenami prądu. Użytkownicy, którzy nie zabezpieczyli się odpowiednią taryfą, na przykład G12w, lub nie zmodernizowali termicznie budynku przed montażem pompy, znaleźli się w potrzasku, płacąc za ogrzewanie więcej niż przy wykorzystaniu tradycyjnych paliw.
Zobacz też: Nowe wyliczenia emerytur od ZUS. Tyle będą mogli zgarnąć seniorzy
Tyle wyniósł rachunek w grudniu
Grudniowe mrozy boleśnie odbiły się na domowych budżetach części Polaków. Przykładem jest czytelnik TVP Info, który po otrzymaniu rachunku za prąd był, jak sam przyznał, załamany. Właściciel 130-metrowego domu, ogrzewanego pompą ciepła i wyposażonego w instalację fotowoltaiczną, zapłacił za energię elektryczną aż 1100 zł za sam grudzień. To kwota, która u wielu osób budzi pytania o opłacalność inwestycji w nowoczesne, niskoemisyjne źródła ogrzewania.
Minister energii Miłosz Motyka studzi jednak emocje i podkreśla, że taki rachunek nie musi być regułą. Jak zaznaczył w rozmowie z TVP Info, kluczowe znaczenie ma to, czy podana kwota wynika z faktycznego zużycia, czy jest jedynie prognozą.
To problem złożony, który powtarza się co roku – ocenił minister.
Zwrócił też uwagę na jakość i dobór urządzeń. W Polsce zdarzały się przypadki montowania pomp ciepła nieprzystosowanych do pracy w niskich temperaturach, co przy silnych mrozach, takich jak w grudniu i styczniu, skutkuje gwałtownym wzrostem zużycia energii i wysokimi rachunkami. Zdaniem Motyki istotna jest również certyfikacja urządzeń, rzetelny audyt energetyczny oraz doświadczenie instalatorów.
Nie powinno się montować pomp, które efektywnie działają tylko do temperatur rzędu minus pięciu stopni – podkreślił.
Według ministra najwyższe rachunki tej zimy zapłacą przede wszystkim ci, którzy ogrzewają domy pompami ciepła, ale nie mają jeszcze fotowoltaiki lub są rozliczani w niekorzystnym systemie. Przypadek czytelnika TVP Info pokazuje, że bez odpowiedniego doboru technologii nawet ekologiczne rozwiązania mogą okazać się kosztowne w praktyce.