Tej biżuterii z PRL szukają kolekcjonerzy. Lepiej sprawdź szuflady, jest warta majątek
Choć czasy kartek na mięso i pustych haków w rzeźnikach kojarzą się wielu z nas z szarzyzną, to w domowych kasetkach wciąż błyszczą pamiątki, które dziś rozpalają wyobraźnię kolekcjonerów. Czy zakurzone kolczyki po babci mogą stać się przepustką do solidnego zastrzyku gotówki?
Produkty z PRL
Wspomnienie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (PRL) u wielu wywołuje uśmiech politowania zmieszany z nutką nostalgii. Był to okres, w którym polska gospodarka znajdowała się pod „opieką” partii komunistycznej, a centralne planowanie sprawiało, że zdobycie czegokolwiek graniczyło z cudem. W dobie wszechobecnego niedoboru, gdy po papier toaletowy czy cukier stało się w tasiemcowych kolejkach, przedmioty trwałe i estetyczne stawały się najlepszą lokatą kapitału. Niektórzy instynktownie uciekali od tracącego na wartości pieniądza w stronę kruszców.
Dziś, po dekadach od transformacji ustrojowej, obserwujemy fascynujące zjawisko – biżuteria z tamtych lat, niegdyś uważana za „masową” lub „toporną”, wraca do łask w wielkim stylu. Kolekcjonerzy i miłośnicy designu retro przeczesują portale aukcyjne w poszukiwaniu konkretnych wzorów, a ceny niektórych egzemplarzy potrafią przyprawić o zawrót głowy. To już nie tylko pamiątka rodzinna, ale realne źródło zastrzyku gotówki.
Biżuteria z PRL warta krocie
Aby zrozumieć, dlaczego stare srebro czy złoto nagle zyskało na wartości, trzeba przyjrzeć się temu, jak powstawało. W PRL-u rynek jubilerski był zmonopolizowany, ale to właśnie w takich warunkach wykuwały się legendy, jak warszawski Orno, poznański Rytosztuka czy krakowski Imago Artis. Wyroby tych spółdzielni charakteryzowały się unikalnym stylem – często nieco surowym, ale niezwykle autorskim. Biżuteria ta była wykonywana technikami rzemieślniczymi, co sprawiało, że mimo seryjności, każdy pierścionek z dużym oczkiem czy misterna bransoleta miały w sobie duszę.
Warto zwrócić uwagę na puncowanie, czyli wybijanie znaków probierczych. To one są dzisiaj dowodem osobistym przedmiotu. Szczególnie poszukiwane są wyroby z charakterystycznymi sygnaturami wspomnianych spółdzielni. Inwestorzy doceniają fakt, że polskie wzornictwo z tamtego okresu było odważne i nie kopiowało ślepo Zachodu. Używano rodzimych kamieni, takich jak bursztyn czy krzemień pasiasty, które oprawiano w ciężkie, mięsiste srebro. Taka „biżuteryjna architektura” stała się rozpoznawalna na całym świecie, a dziś, w dobie zalewu taniej, masowej produkcji z Azji, stanowi synonim solidności i niepodrabialnego stylu.
Tyle kolekcjonerzy zapłacą za biżuterię sprzed lat
Przechodząc do konkretów, które najbardziej elektryzują posiadaczy starych błyskotek: ceny potrafią zaskoczyć nawet największych optymistów. Proste, srebrne pierścionki z lat 60. czy 70., które jeszcze dekadę temu sprzedawano za bezcen w komisach, dziś osiągają kwoty rzędu kilkuset złotych. Jeśli jednak w Twoich zbiorach znajduje się kompletna biżuteria od Orno – na przykład naszyjnik z bransoletą – możesz liczyć na kwoty idące w tysiące. Rynek kolekcjonerski szczególnie ceni stan zachowania oraz rzadkość występowania danego motywu roślinnego czy geometrycznego.


To, co kiedyś było symbolem „lepszego świata” dostępnym w Pewexach lub u nielicznych złotników, dziś staje się doskonałą alternatywą dla lokat bankowych. Warto jednak pamiętać o pewnej pułapce: nie wszystko, co stare, jest warte majątek. Kluczowa jest weryfikacja autentyczności i unikanie czyszczenia biżuterii domowymi sposobami, które mogą zniszczyć naturalną patynę, tak cenioną przez znawców. Jeśli masz w domu wisiorki, kolczyki czy broszki z tamtej epoki, warto udać się do rzeczoznawcy. Może się okazać, że pamiątka po babci to w rzeczywistości mała fortunka, która tylko czeka na odpowiedni moment, by wyjść na światło dzienne.