Polacy dostają listy z wezwaniami. Za zlekceważenie obowiązku płacą nawet 3 tys. zł
Postępowania ciągnące się latami i wokandy pękające w szwach to codzienność polskiego wymiaru sprawiedliwości. Jednak dla przeciętnego obywatela największym wyzwaniem jest zderzenie z finansową stroną bycia świadkiem. Choć prawo zmusza do stawiennictwa, to rekompensaty za utracone dochody przypominają jałmużnę, a nie realne wyrównanie strat.
Sądowy maraton w cieniu frankowiczów i fali rozwodów
Polskie sądownictwo od lat zmaga się ze strukturalnym paraliżem, który sprawia, że na sprawiedliwość czekamy coraz dłużej, a terminy kolejnych rozpraw wyznaczane są z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Według danych Ministerstwa Sprawiedliwości średni czas trwania postępowań w sprawach cywilnych w sądach rejonowych wynosi około pięciu-sześciu miesięcy, a w skomplikowanych sporach gospodarczych liczony jest w latach. Największym obciążeniem dla wokand (czyli publicznych wykazów spraw wyznaczonych na dany dzień w konkretnej sali) stały się w ostatnim czasie dwa główne zjawiska społeczne: lawina spraw rozwodowych oraz trwająca batalia kredytobiorców posiadających kredyty frankowe, czyli zobowiązania hipoteczne powiązane z kursem franka szwajcarskiego. Te drugie, ze względu na stopień skomplikowania i konieczność przesłuchiwania licznych świadków, w tym pracowników banków i pośredników, potrafią zablokować pracę wydziałów cywilnych na całe tygodnie.

Dla przeciętnego obywatela oznacza to jedno, rosnące prawdopodobieństwo, że prędzej czy później otrzyma list polecony z wezwaniem do sądu w sprawie, z którą nie ma nic wspólnego poza tym, że był gdzieś obecny lub coś podpisał. Wymiar sprawiedliwości to potężna machina, w której świadek jest kluczowym, choć często przedmiotowo traktowanym trybem. Bez jego zeznań większość procesów nie mogłaby ruszyć z miejsca, jednak system wydaje się zapominać, że za każdym wezwaniem stoi człowiek, który musi porzucić swoje codzienne obowiązki, a często także realne pieniądze.
Statystyki pokazują, że w samym 2025 roku liczba spraw wpływających do sądów powszechnych wzrosła o kolejne kilka procent, co tylko potęguje problem zatorów i wymusza na sądach wzywanie coraz większej liczby osób do składania wyjaśnień. Czy w dobie cyfryzacji nie dałoby się tego rozwiązać sprawniej? Choć rozprawy zdalne stają się coraz popularniejsze, wciąż wielu sędziów preferuje osobisty kontakt ze świadkiem, co generuje koszty po stronie obywatela. System, zamiast optymalizować czas uczestników, nierzadko marnuje go w dusznych korytarzach, gdzie zniecierpliwieni obywatele skarżą się na uciążliwe i frustrujące opóźnienia rozpraw.
Obywatelski przymus pod rygorem dotkliwej kary finansowej
Gdy listonosz puka do drzwi z wezwaniem na rozprawę, pole manewru wezwanego jest w zasadzie zerowe, a zlekceważenie pisma to prosta droga do kłopotów. Bycie świadkiem w Polsce to nie uprzejmość czy prośba, lecz twardy obowiązek ustawowy, z którego zwolnić mogą jedynie wyjątkowe i ściśle określone okoliczności, jak obłożna choroba potwierdzona przez lekarza sądowego, czyli specjalistę uprawnionego do wystawiania zaświadczeń akceptowanych przez wymiar sprawiedliwości. Niestawiennictwo bez udokumentowanego, ważnego powodu grozi dotkliwą karą porządkową, która zgodnie z przepisami może wynieść nawet do 3000 złotych, a w skrajnych przypadkach uporczywego unikania sądu sędzia ma prawo zarządzić przymusowe doprowadzenie przez policję.

Świadek musi stawić się osobiście, odpowiedzieć na pytania stron i sądu, a przed złożeniem zeznań najczęściej składa uroczyste przyrzeczenie mówienia prawdy pod rygorem odpowiedzialności karnej. Choć kodeksy przewidują pewne przywileje, jak choćby prawo do zwrotu kosztów dojazdu najtańszym środkiem transportu publicznego czy zwrot kosztów noclegu, to w praktyce świadek często czuje się na sali rozpraw jak zbędny dodatek do procedury. Musi poświęcić swój prywatny czas, co dla osób pracujących na etatach lub prowadzących własną działalność gospodarczą wiąże się z realnym dylematem zawodowym i finansowym. System oczekuje od nas pełnego zaangażowania w imię dobra wspólnego, oferując w zamian procedury, które wydają się zupełnie nie przystawać do współczesnych realiów rynkowych i tempa życia w połowie lat dwudziestych.
Pracodawcy, choć mają prawny obowiązek zwolnić pracownika na czas rozprawy, rzadko patrzą na to z entuzjazmem, traktując to jako stratę produktywności. Szczególnie dotkliwe jest to w małych firmach, gdzie nieobecność jednej osoby może sparaliżować pracę całego działu. Warto zadać sobie pytanie, dlaczego państwo, które tak surowo karze za brak stawiennictwa, tak opieszale i skąpo podchodzi do kwestii wynagrodzenia za ten wymuszony czas? Poczucie niesprawiedliwości potęguje fakt, że świadek traci niekiedy cały dzień pracy tylko po to, by usłyszeć, że rozprawa została odroczona z przyczyn technicznych lub nieobecności sędziego, co potrafi stanowić ogromne źródło społecznej frustracji wobec działania instytucji wymiaru sprawiedliwości.
Portfel świadka świeci pustkami. Tyle sąd zwróci za utracony dochód
Prawdziwe schody i frustracja zaczynają się jednak w momencie, gdy świadek próbuje odzyskać pieniądze stracone przez wymuszoną nieobecność w pracy. Zgodnie z obowiązującymi przepisami, wynikającymi z Ustawy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych, osobie wezwanej przysługuje rekompensata za utracony dochód, czyli kwota mająca w założeniu wyrównać stratę wynagrodzenia, którego nie otrzymała za czas spędzony w gmachu sądu. Brzmi to uczciwie, dopóki nie przyjrzymy się konkretnym stawkom i metodologii ich wyliczania. Górny limit takiego odszkodowania jest sztywno powiązany z tak zwaną kwotą bazową, czyli wskaźnikiem służącym do wyliczania wynagrodzeń osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe, określanym co roku w ustawie budżetowej i wynosi obecnie zaledwie 4,6 proc. tej kwoty za jeden dzień.
W praktyce oznacza to, że świadek może liczyć na maksymalnie około 82-92 złote brutto, co potwierdzają dane Ministerstwa Sprawiedliwości na 2025 rok. W dobie wysokiej inflacji, rosnących kosztów życia i dynamicznego wzrostu przeciętnego wynagrodzenia, które według GUS przekroczyło już dawno barierę 8000 złotych brutto, takie stawki są powszechnie postrzegane jako kpina z obywatela. Głośna stała się historia pani Beaty, która wezwana na świadka straciła realnie 330 złotych netto dniówki, a system po skomplikowanej procedurze zaoferował jej jedynie ułamek tej sumy, argumentując to sztywnymi, ustawowymi limitami.
Aż się we mnie zagotowało. Spełniłam obywatelski obowiązek, za niestawiennictwo w sądzie grożą nawet kilkutysięczne grzywny. Tymczasem rekompensata za utracony dochód to jakaś kpina. "Wycieczka" do sądu kosztowała mnie ponad 250 zł - mówi oburzona “Faktowi”.
Dla specjalisty, wykwalifikowanego rzemieślnika czy mikroprzedsiębiorcy każda rozprawa to de facto dotkliwa kara finansowa za bycie praworządnym. Aby otrzymać nawet te symboliczne pieniądze, należy złożyć wniosek w terminie zaledwie trzech dni od zakończenia czynności, co jest kolejnym biurokratycznym utrudnieniem mającym zniechęcić do roszczeń. Skutki takiej krótkowzrocznej polityki państwa są opłakane dla jakości orzecznictwa: świadkowie unikają odbierania korespondencji, stosują "uniki” medyczne lub podczas zeznań masowo zasłaniają się niepamięcią, byle tylko jak najszybciej opuścić salę i wrócić do zarabiania na życie.