Ceny węgla pod koniec września 2026 wystrzeliły. "Przykro mi jest rozmawiać z ludźmi"
Słoneczny wrzesień i oficjalne deklaracje rządzących rzadko idą w parze z rzeczywistością polskich sezonów opałowych. Choć z ust urzędników padają obietnice stabilności, to na progach polskich domów rodzą się konkretne pytania o koszt nadchodzącej zimy. Krajowy rynek surowców energetycznych wszedł w fazę weryfikacji, a wydatki gospodarstw domowych mogą w najbliższych miesiącach mocno zaskoczyć.
Mijający wrzesień przyniósł serię uspokajających komunikatów ze strony resortu aktywów państwowych. Minister Wojciech Balczun oficjalnie zadeklarował, że wydobycie czarnego złota w polskich kopalniach przekracza zakładane wcześniej plany, a sytuacja w całej branży pozostaje pod pełną kontrolą. Mimo zapewnień polityka, cena za tonę węgla miejscami przekroczyła już 2 tys. zł.
Polskie kopalnie zwiększają plany pozyskiwania węgla
Według zapowiedzi przedstawicieli rządu, Polska Grupa Górnicza zwiększyła tegoroczny plan pozyskiwania surowca o ponad milion ton, z kolei w rezerwach Jastrzębskiej Spółki Węglowej oraz LW Bogdanka spoczywają nakłady mające zapewnić nam absolutne bezpieczeństwo energetyczne.
PGG planuje niemal całkowicie opróżnić swoje zwały przykopalniane, na których jeszcze niedawno spoczywało blisko dwa miliony ton paliwa. Co więcej, państwowy Węglokoks prowadzi stały monitoring zapotrzebowania i realizuje już dostawy zamorskie, między innymi z Kolumbii, skąd pierwsze statki z ładunkiem wpłynęły do Portu Północnego.

Teoretycznie infrastruktura oraz sprawozdania finansowe spółek górniczych malują obraz pełnego zabezpieczenia potrzeb obywateli. Dlaczego zatem ceny za węgiel tak bardzo rozmijają się z poczuciem bezpieczeństwa zwykłych odbiorców końcowych?
Cena węgla rośnie do 2000 tys. zł za tonę
Rozdźwięk między optymistycznymi statystykami a rzeczywistością staje się nadzwyczaj widoczny w momencie, gdy z ministerialnych gabinetów przeniesiemy się na tradycyjny skład opałowy. Wizyta na placu sprzedażowym w Bydgoszczy czy Olsztynie ujawnia obraz daleki od stabilizacji. Na lokalnych składach brakuje najpopularniejszych sortymentów handlowych, takich jak orzech czy kostka.
Właściciele punktów dystrybucji zmagają się z pustymi placami i problemami z terminowością dostaw. Pani Lucyna Czelińska, współwłaścicielka składu w Bydgoszczy, w rozmowie z “Faktem” zwraca uwagę na fakt, że w szczycie sezonu zakupowego towar trafia do dystrybutorów w śladowych ilościach, co błyskawicznie przekłada się na gwałtowny skok stawek detalicznych.
Teraz, kiedy powinna być największa sprzedaż, my czasami nie mamy co sprzedawać, plac jest pusty. Jeszcze w poniedziałek (21 września) miałam tylko 7 ton. Teraz dostałam dwa wozy węgla, więc coś tam mogę sprzedać, ale cena jest bardzo wysoka - mówi “Faktowi” pani Lucyna Czelińska.

Cena popularnego groszku wzrosła w ciągu krótkiego czasu z poziomu 1960 złotych do aż 2160 złotych za tonę. Podobne relacje płyną z Olsztyna, gdzie pan Piotr Osiński wskazuje na konieczność zamawiania towaru z wielotygodniowym wyprzedzeniem i płacenia z góry, podczas gdy stawki bez problemu przekraczają barierę 2000 złotych za tonę.
Przykro mi jest rozmawiać z ludźmi, tym bardziej, że ceny są tak wygórowane - przyznaje pani Lucyna w rozmowie z “Faktem”.
Oznacza to, że tradycyjne paliwo kopalne cenowo niemal zrównało się z ekologicznym peletem, kosztującym obecnie około 2300 złotych. Klientom pozostaje kupowanie opału na pojedyncze worki, gdyż wydatek rzędu ponad dwóch tysięcy złotych jednorazowo przekracza możliwości finansowe wielu polskich rodzin.
Zobacz też: 336,16 zł dopłaty do prądu od ZUS bez względu na dochód. Te osoby dostaną pieniądze
Polskie górnictwo w trendzie dezinwestycji
Przyczyna rynkowego napięcia leży głębiej, niż mogłoby się wydawać na podstawie pobieżnej analizy oficjalnych sprawozdań.
W rozmowie z “Faktem” Michał Hetmański, prezes Fundacji Instrat, zwraca uwagę na kluczowy fakt polityki surowcowej: polskie górnictwo od lat znajduje się w długofalowym trendzie dezinwestycji, a obecna wyprzedaż zwałów magazynowych to jedynie czyszczenie rezerw zgromadzonych w poprzednich latach, a nie trwała poprawa wydajności wydobycia.
Gdy rezerwy kopalniane ostatecznie ulegną wyczerpaniu, ciężar zaspokojenia potrzeb rynku spadnie na prywatnych importerów. To właśnie oni, wykorzystując między innymi infrastrukturę portową w Gdańsku, próbują zasypać lukę podażową, planując nawet dwukrotne zwiększenie wolumenu sprowadzanego surowca w porównaniu z ubiegłym rokiem.
Chociaż braki towaru i paraliż ciepłownictwa raczej nam nie grożą, to za absolutne zaniedbania strukturalne i ograniczoną podaż płacić będziemy bezpośrednio z własnych kieszeni. Sezon grzewczy 2026/2027 nie przyniesie pustych magazynów, ale wysokie ceny utrzymają się na stałe, zmuszając gospodarstwa domowe do bardzo drobiazgowego planowania domowych budżetów.