Brzoska poszedł na całość. Zobacz, co stało się z Paczkomatami za granicą
Jeszcze dekadę temu nikt nie wierzył, że metalowe szafy na paczki staną się symbolem polskiego sukcesu eksportowego i przedmiotem pożądania największych funduszy inwestycyjnych świata. Dziś InPost to już nie tylko dominator nad Wisłą, ale prawdziwy logistyczny drapieżnik na europejskim rynku.
Gdy Rafał Brzoska zapowiadał podbój Zachodu, wielu pukało się w czoło. Dziś te same osoby z niedowierzaniem patrzą na liczby płynące z Hiszpanii, Francji czy Wielkiej Brytanii. Czy polska perła w koronie właśnie staje się celem przejęcia, którego nie da się zablokować?
- InPost szturmuje kraje zagraniczne
- Brzoska o przyszłości InPostu
- Gdzie możemy zobaczyć polskie automaty pocztowe?
4 tysiące maszyn to dopiero rozgrzewka
To, co dzieje się obecnie w Hiszpanii i Portugalii, można nazwać tylko w jeden sposób: logistycznym blitzkriegiem. InPost ogłosił właśnie, że na Półwyspie Iberyjskim działa już ponad 8000 punktów out-of-home (OOH), z czego samych maszyn Paczkomat jest już blisko 4 tysiące. Dla porównania – to tak, jakby w ekspresowym tempie zbudować drugą, ogromną sieć logistyczną w kraju, który do tej pory kojarzył się raczej z sjestą niż z ultraszybkimi dostawami.
Ale uwaga – InPost nie buduje tych maszyn tylko dla tęskniących za domem Polaków na emigracji, choć i oni z nich korzystają. To strategia totalna, skierowana do każdego mieszkańca Madrytu, Barcelony czy Lizbony. Firma stawia na lokalność, wygodę i ekologię, czyli argumenty, które trafiają do portfela każdego Europejczyka. Maszyny są intuicyjne, działają 24/7 i drastycznie skracają czas oczekiwania na przesyłkę. Hiszpanie, początkowo przywiązani do tradycyjnych kurierów i odbiorów w punktach usługowych, masowo przesiadają się na „polski sposób” logistyki. Sukces na Półwyspie Iberyjskim to jasny sygnał dla świata: model biznesowy wymyślony w Krakowie jest uniwersalny i skalowalny pod każdą szerokością geograficzną.

Gdzie jeszcze dotarł Brzoska?
Ekspansja InPostu to nie jest pojedynczy strzał czy chwilowa moda. Firma zbudowała potężny przyczółek we Francji poprzez przejęcie giganta Mondial Relay za astronomiczne 565 mln euro. To posunięcie z dnia na dzień uczyniło polską spółkę kluczowym graczem nad Sekwaną. Dziś Francja jest dla InPostu drugim najważniejszym rynkiem, a charakterystyczne punkty odbioru są tam niemal na każdym rogu.
Z kolei w Wielkiej Brytanii, która jest rynkiem niezwykle trudnym i nasyconym, żółte maszyny stały się już stałym elementem krajobrazu Londynu, Manchesteru czy Birmingham. InPost wchodzi tam w partnerstwa z największymi gigantami. Współpraca z londyńskim metrem, siecią sklepów WHSmith czy stacjami paliw pokazuje, że Brytyjczycy nie tylko zaakceptowali Paczkomaty, ale uznali je za niezbędny element nowoczesnego miasta.
Dla kogo jest ten system? InPost gra o najwyższą stawkę – chce stać się „pierwszym wyborem” dla całego europejskiego e-commerce. Choć Polacy mieszkający w UK czy Francji z dumą patrzą na znajome logotypy, strategia Brzoski jest bezlitosna: uniezależnić się od kurierów pukających do drzwi i dać ludziom wolność wyboru. To model, który w Polsce wyciął konkurencję w pień, a teraz – ku zaskoczeniu zachodnich analityków – równie dobrze przyjmuje się w społeczeństwach o zupełnie innej kulturze zakupowej.
Amerykanie na horyzoncie
Sukces o takiej skali ma jednak swoją cenę i przyciąga wzrok najpotężniejszych graczy finansowych świata. Jak pisaliśmy z jednym z ostatnich artykułów, od wielu miesięcy w kuluarach giełdowych huczy od plotek o ogromnym zainteresowaniu InPostem ze strony amerykańskich funduszy inwestycyjnych. Czy polska firma może zostać „zdjęta” z parkietu w Amsterdamie?
Związek między błyskawiczną ekspansją a zainteresowaniem zza oceanu jest oczywisty. Im więcej maszyn stoi w Europie, tym InPost staje się bezpieczniejszą i bardziej zyskowną lokatą kapitału. Amerykańskie fundusze typu private equity, jak choćby wspomniany w mediach Advent International (który już wcześniej wprowadzał InPost na giełdę), doskonale wiedzą, że InPost to dzisiaj „maszynka do drukowania pieniędzy” w segmencie logistyki.
Spekulacje o możliwym wykupie i wycofaniu spółki z giełdy (tzw. delisting) budzą wielkie emocje. Dla inwestorów indywidualnych to szansa na szybki zarobek przy wezwaniu do sprzedaży akcji, ale dla polskiej gospodarki to pytanie o to, czy uda się utrzymać kontrolę nad tak innowacyjnym podmiotem. Jeśli InPost trafi w ręce Amerykanów, nie oznacza to jego końca, ale prawdopodobnie jeszcze szybszą, globalną ekspansję – być może nawet za ocean. Amerykański kapitał to paliwo, które mogłoby postawić Paczkomaty na każdym rogu w Nowym Jorku czy Chicago.
Co to oznacza dla przeciętnego Kowalskiego?
Dla nas, klientów w Polsce, ekspansja zagraniczna InPostu to przede wszystkim powód do dumy, ale i konkretne korzyści. Im silniejsza pozycja firmy w Europie, tym łatwiejsze i tańsze stają się przesyłki międzynarodowe. InPost już teraz testuje rozwiązania, które mają sprawić, że wysłanie paczki z Warszawy do Madrytu będzie tak proste, jak nadanie jej do sąsiedniego miasta.
Jednak cień amerykańskiego przejęcia rzuca nowe światło na przyszłość firmy. Rafał Brzoska, twarz sukcesu InPostu, wielokrotnie udowadniał, że potrafi grać z najsilniejszymi. Czy jednak ulegnie miliardom z USA? Jeśli tak, InPost jaki znamy – jako polska firma giełdowa – może przejść do historii, stając się częścią globalnej korporacji.
Jedno jest pewne: metalowe szafy, które kiedyś wydawały się dziwnym eksperymentem, dziś dyktują warunki w całej Europie. Czy za kilka lat będziemy mogli wysłać paczkę „do Paczkomatu” w każdym zakątku globu? Patrząc na tempo, w jakim InPost „rozstawia” konkurencję po kątach, wydaje się to tylko kwestią czasu.
