Tyle polscy skoczkowie zarobili w tym sezonie. Kacper Tomasiak bije wszystkich na głowę
Puchar Świata w skokach narciarskich to maraton, który nie wybacza błędów, a system kwalifikacji i rywalizacji KO w Turnieju Czterech Skoczni potrafi brutalnie zweryfikować dyspozycję dnia. Podczas gdy uwaga kibiców przez lata skupiona była na weteranach, w cieniu wielkich mistrzów dojrzewał talent. Ile zarobili polscy skoczkowie w tym sezonie? Finanse w sporcie bywają bezwzględnym odzwierciedleniem formy, a zestawienia płacowe kadry skoczków nie pozostawiają złudzeń - doszło do zmiany warty.
- Skoki narciarskie cieszą się niegasnącą popularnością
- Zarobki polskich skoczków narciarskich
- Ten skoczek narciarski pobił wszystkich w zarobkach
Skoki narciarskie cieszą się niegasnącą popularnością
Skoki narciarskie nad Wisłą to zjawisko socjologiczne, które od ponad dwóch dekad wymyka się standardowym ramom marketingu sportowego. Od czasów Adama Małysza, przez złotą erę Kamila Stocha, aż po obecne sukcesy, dyscyplina ta w zimowe weekendy gromadzi przed telewizorami miliony Polaków.
To zainteresowanie przekłada się bezpośrednio na strumień pieniędzy płynący do Polskiego Związku Narciarskiego, ale dla samych zawodników najważniejszym wyznacznikiem bieżącej kondycji finansowej są premie wypłacane przez Międzynarodową Federację Narciarską (FIS). System ten jest brutalnie sprawiedliwy, finansową gratyfikację otrzymuje każdy, kto awansuje do drugiej serii konkursu, a prawdziwe pieniądze leżą dopiero na podium.

W przeciwieństwie do gier zespołowych, gdzie kontrakt gwarantuje stały dochód niezależnie od wyniku meczu, skoczek narciarski co weekend musi udowadniać swoją wartość rynkową, ryzykując zdrowie na oblodzonych rozbiegach Europy i Azji. W obecnych realiach ekonomicznych Pucharu Świata stawki za poszczególne lokaty są ściśle uregulowane w euro. Choć kwoty te nie mogą równać się z zarobkami piłkarzy z czołowych lig, w świecie sportów zimowych stanowią łakomy kąsek.
Zarobki polskich skoczków narciarskich
Zwycięstwo w konkursie to zastrzyk piętnastu tysięcy euro, co przy obecnym kursie walut daje kwotę, o jakiej przeciętny Polak może tylko pomarzyć w skali miesiąca. Jednakże ten sezon jest specyficzny, ponieważ pokazuje, jak cienka jest granica między byciem na szczycie a walką o przetrwanie w drugiej dziesiątce. Długoletni liderzy kadry, którzy przyzwyczaili nas do seryjnych zwycięstw, tej zimy zmagają się z wahaniami formy, co natychmiast odbija się na ich portfelach.
To właśnie w tym kontekście finansowym najlepiej widać pokoleniową zmianę, która dokonuje się na naszych oczach. Pieniądze, które do tej pory szerokim strumieniem płynęły do utytułowanych mistrzów, teraz zmieniają adresata, trafiając do przedstawiciela generacji, która dorastała, oglądając sukcesy Stocha w telewizji. Analizując tegoroczne zestawienia finansowe, nie sposób nie zauważyć, że dla wielu uznanych nazwisk obecna zima jest wyjątkowo chuda.
Zgodnie z danymi opublikowanymi tuż przed świętami, czołowi dotąd polscy skoczkowie zanotowali wyniki finansowe znacznie poniżej oczekiwań, do jakich przyzwyczaili nas w poprzednich latach. Kamil Stoch czy Piotr Żyła, choć wciąż są ikonami tego sportu, w pierwszych tygodniach sezonu musieli zadowolić się kwotami, które w ich przypadku można uznać za symboliczne "kieszonkowe”. Mowa o kwotach kolejno ok. 70 tys. złotych i około 55 tys. złotych. Jest to o tyle istotne, że budżety zawodników składają się nie tylko z nagród FIS, ale to właśnie one są papierkiem lakmusowym ich sportowej przydatności w danym momencie sezonu.

Warto zauważyć, że Paweł Wąsek i Dawid Kubacki, którzy mieli stanowić solidne zaplecze i pomost między weteranami a młodzieżą, również nie rozbili banku. Ich zarobki oscylują w granicach, które pozwalają na spokojne funkcjonowanie, ale nie dają statusu gwiazdorskiego. Według wyliczeń opartych na oficjalnych protokołach FIS, ich łączne premie z trudem przekraczają kilkadziesiąt tysięcy złotych, co jak na zawodowy sport na najwyższym światowym poziomie nie jest kwotą oszałamiającą. Sytuacja ta pokazuje, jak trudny jest to kawałek chleba. Wystarczy kilka gorszych wyjść z progu, by spaść do trzeciej lub czwartej dziesiątki, gdzie gratyfikacje finansowe praktycznie nie istnieją. Dla kibiców może być to sygnał alarmowy, ale dla analityków sportowych jest to naturalny cykl życia kadry, starzy mistrzowie powoli schodzą ze sceny, robiąc miejsce nowym, głodnym sukcesu wilkom. I to właśnie w tej luce pojawił się zawodnik, który w ostatnich tygodniach zdominował nagłówki gazet.
Zobacz też: Krystyna Pawłowicz z pierwszą wypłatą. Tyle wynosi jej "emerytura", ta kwota to nie żart
Ten skoczek narciarski pobił wszystkich w zarobkach
Niekwestionowanym liderem finansowym polskiej kadry w obecnym sezonie stał się zaledwie 18-letni Kacper Tomasiak. To nazwisko, które jeszcze do niedawna znane było głównie w kręgach juniorskich i wśród najbardziej zagorzałych fanów dyscypliny, dziś jest na ustach całej sportowej Polski. Młody skoczek z niezwykłą swobodą wszedł w buty starszych kolegów, a jego styl i odwaga na skoczni przekładają się bezpośrednio na imponujące przelewy od federacji.
Według danych zebranych na dzień 1 stycznia 2026 roku Tomasiak zgromadził na swoim koncie kwotę, która deklasuje pozostałych reprezentantów Biało-Czerwonych. Jego zarobki w tym krótkim okresie sezonu wyniosły około 147 tys. zł za zajęcie jedenastej lokaty, co jest wynikiem znakomitym, biorąc pod uwagę jego wiek i staż w Pucharze Świata.
Przewaga Tomasiaka nad resztą stawki jest wręcz miażdżąca. Ta dysproporcja doskonale obrazuje, jak bardzo zmienił się układ sił w kadrze. Młody zawodnik punktuje regularnie, nie boi się trudnych warunków wietrznych i co najważniejsze, wytrzymuje presję konkursową, co w skokach narciarskich jest kluczem do regularnych wypłat. Jego sukces finansowy jest o tyle istotny, że buduje pewność siebie przed najważniejszą częścią sezonu.
Kacper Tomasiak zanotował jeden z najlepszych występów w swojej dotychczasowej karierze, potwierdzając, że należy do najciekawszych postaci młodego pokolenia polskich skoczków. W konkursie w Garmisch-Partenkirchen 18-latek już w pierwszej serii zaprezentował się znakomicie, uzyskując 130,5 metra i wygrywając rywalizację w systemie KO ze Szwajcarem Simonem Ammannem (122,5 m). Na półmetku zawodów zajmował wysokie, siódme miejsce, co było wyraźnym sygnałem jego rosnącego potencjału. W finale skoczył wprawdzie o metr bliżej, co kosztowało go spadek o jedną lokatę, jednak ósma pozycja i styl, jaki zaprezentował na skoczni, zostały ocenione bardzo pozytywnie. Za występ w konkursie wygrał 4 tys. euro, czyli niecałe 17 tys. zł.