"Pożeracz" prądu z kuchni. Zużywa tyle energii co kilkadziesiąt lodówek
Rosnące rachunki za energię w 2026 roku każą wielu z nas na nowo przyjrzeć się domowym wydatkom. I tu czeka niespodzianka, bo z analizy przytaczanej przez serwis Interia Biznes wynika, że nasze wyobrażenia o tym, co najbardziej obciąża budżet, często mijają się z prawdą. Prawdziwymi pożeraczami prądu okazują się sprzęty kuchenne, a jeden z nich w ułamku sekundy pobiera moc równą pracy kilkudziesięciu lodówek.
Warto pamiętać, skąd biorą się wyższe rachunki. Od 1 stycznia 2026 roku obowiązują taryfy URE, w których średnia cena samej energii dla gospodarstw domowych spadła do 495,16 zł za MWh, a mimo to rachunek rośnie, głównie przez droższą dystrybucję. Jak mówiła Interii Biznes Marta Anczewska z Instytutu Reform, rachunek przeciętnego gospodarstwa zużywającego około 2000 kWh rocznie będzie w 2026 roku wyższy niż w ostatnich latach, przede wszystkim przez wyższą opłatę mocową i zmienną opłatę dystrybucyjną.
Co najbardziej zużywa prąd w kuchni. Piekarnik i płyta indukcyjna
Skoro rachunku nie da się łatwo zbić na samej cenie energii, warto spojrzeć na to, co ją zużywa. Największe oszczędności kryją się w urządzeniach o najwyższym poborze mocy, a nie w drobnej elektronice, która robi tu niewielką różnicę. Piekarnik elektryczny o mocy 2500 W w trakcie nagrzewania pobiera chwilowo tyle, ile łącznie potrzebuje około 65 nowoczesnych lodówek. Brzmi dramatycznie, ale to porównanie dotyczy mocy w danej chwili, a nie zużycia przez cały czas pieczenia. W praktyce bywa łagodniejsze, bo wbudowany termostat regularnie wyłącza grzałki, gdy piekarnik osiągnie zadaną temperaturę. Dlatego pół godziny pieczenia dziennie to realnie koszt rzędu 230 zł rocznie, choć gdyby grzałki chodziły bez przerwy pełną mocą, kwota sięgnęłaby 475 zł.
Jeszcze więcej kosztuje płyta indukcyjna. Godzina pracy jednego pola o mocy 1200 W to wydatek od 1,25 zł do 1,50 zł, co przy codziennym gotowaniu daje od 455 zł do 550 zł rocznie. A gdy odpalimy wszystkie pola naraz, z łączną mocą 7000 W, koszt rośnie do 8 zł za godzinę.
Czy lodówka i pralka naprawdę podbijają rachunki
Przekonanie, że to lodówka najbardziej nabija rachunki, bierze się stąd, że jest podłączona do prądu przez całą dobę. W rzeczywistości jej agregat pracuje cyklicznie, bo włącza się na kilkanaście minut, schładza wnętrze i przechodzi w stan spoczynku. Choć jego moc znamionowa to zwykle od 60 do 120 W, dzięki pracy w trybie włącz-wyłącz lodówka pobiera prąd tak, jakby bez przerwy chodziło urządzenie o mocy zaledwie 16 do 17 W. Zależnie od modelu koszt wynosi od 150 do 170 zł rocznie w nowoczesnej lodówce klasy C (0,4 kWh na dobę) do około 285 zł w starszym sprzęcie (0,75 kWh na dobę).
Dla porównania czajnik elektryczny przy przeciętnym użyciu kosztuje około 228 zł w skali roku, a pralka uruchamiana codziennie od 226 zł do 380 zł, zależnie od mocy i temperatury prania.

Mity o oszczędzaniu prądu. Ładowarka, tryb czuwania i światło
Spora część domowych nawyków oszczędnościowych opiera się na przekonaniach prawdziwych tylko w części. Najpopularniejszy dotyczy ładowarki w gniazdku. Owszem, pobiera ona prąd nawet bez telefonu, ale mowa o 0,1 do 0,3 W, więc pojedyncza sztuka to przez rok dosłownie grosze. Oszczędność pojawia się dopiero przy kilku ładowarkach trzymanych w kontaktach na stałe.
Podobnie jest z trybem czuwania. Telewizor, ekspres czy konsola z diodą pobierają prąd po wyłączeniu pilotem, ale każde z osobna tylko od ułamka wata do kilku watów. Problemem jest ich liczba, bo razem potrafią odpowiadać nawet za 10% rocznego zużycia. Tu odłączanie ma sens, najwygodniej przez listwę z wyłącznikiem, która odcina kilka sprzętów naraz.
Trzeci mit dotyczy światła. Wyłączanie żarówki LED na minutę nie daje oszczędności, bo jej pobór jest znikomy, a częste pstrykanie tylko szybciej zużywa diodę. Nawyk został nam z czasów żarówek żarowych, które brały kilka razy więcej prądu.
Ile naprawdę kosztują ładowarka i żarówki LED
Popularny nawyk wyciągania nieużywanej elektroniki z gniazdek ma znikomy wpływ na portfel. Ładowarka zostawiona w kontakcie bez podłączonego telefonu kosztuje przez cały rok od niespełna złotówki do najwyżej 3 zł. Eksperci dodają, że wyjmowanie zasilaczy ma sens głównie ze względów przeciwpożarowych, a nie oszczędnościowych.
Podobnie jest z oświetleniem LED. Przy średniej cenie prądu około 1,02 do 1,10 zł za kWh godzina świecenia jednej diody to raptem około 1 grosza, podczas gdy dawna żarówka żarowa pobierała ponad 7 groszy na godzinę. Trzy żarówki LED włączone przez pięć godzin każdego wieczoru to łącznie zaledwie 14 groszy. Ciągłe pstrykanie włącznikiem nie obniży więc rachunku, a może jedynie szybciej zużyć samą żarówkę.
