Mocna decyzja rządu, podwyżki w ochronie zdrowia przesądzone. Skutki odczujemy wszyscy
Polski system ochrony zdrowia stoi u progu finansowego trzęsienia ziemi, które uderzy w budżety placówek medycznych już w środku lata. Choć resort zdrowia usilnie próbował odroczyć waloryzację płac, ostateczne starcie przy stole negocjacyjnym zakończyło się fiaskiem rządowych propozycji. Dla personelu medycznego to triumf, dla dyrektorów szpitali – wizja narastającego zadłużenia i konieczności łatania dziur w grafikach.
- Negocjacje nie przyniosły oczekiwanego rezultatu
- Miliardy na kontach personelu medycznego i obawy pracodawców
- Pacjenci zapłacą za oszczędności w diagnostyce
Negocjacje nie przyniosły oczekiwanego rezultatu
Ostatnie posiedzenie zespołu trójstronnego, w skład którego wchodzą przedstawiciele rządu, związków zawodowych oraz organizacji pracodawców, przypominało przeciąganie liny, w którym żadna ze stron nie zamierzała ustąpić nawet o centymetr. Wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka poinformowała wprost, że porozumienia nie osiągnięto, co w praktyce oznacza utrzymanie dotychczasowego kursu.
Będą w lipcu podwyżki i wszyscy poniesiemy skutki finansowe tych podwyżek. (…). Nie udało nam się osiągnąć porozumienia (…). W zależności od sytuacji, albo strona związkowa, albo strona pracodawców podnosiła, czego oczekuje, a to się wzajemnie wyklucza - tłumaczyła wiceminister zdrowia.
Resort zdrowia od tygodni sondował możliwość przesunięcia terminu waloryzacji płac minimalnych z lipca na styczeń, począwszy od 2027 roku. Taki manewr miał przynieść budżetowi państwa oraz Narodowemu Funduszowi Zdrowia oszczędności rzędu 4,5 mld złotych. Plan ten jednak spalił na panewce.

Strona społeczna, z Krystyną Ptok z Forum Związków Zawodowych na czele, od początku zajmowała twarde stanowisko: ustawa o minimalnym wynagrodzeniu w ochronie zdrowia jest nietykalna. Pod murami Centrum „Dialog” w Warszawie głośno manifestował to również Ogólnopolski Związek Zawodowy Pracowników Fizjoterapii. Związkowcy postawili sprawę na ostrzu noża, sugerując, że jakakolwiek próba majstrowania przy mechanizmie waloryzacji lub zmniejszania dynamiki wzrostu płac zakończy się masowymi protestami.
W obliczu tak silnego oporu i braku zgody między związkowcami a pracodawcami, ministerstwo zostało zmuszone do kapitulacji i realizacji wariantu, który sama wiceminister Kęcka określiła mianem „odczuwalnego dla wszystkich pod względem finansowym”.
Miliardy na kontach personelu medycznego i obawy pracodawców
Zgodnie z obowiązującymi przepisami, już 1 lipca wynagrodzenia w ochronie zdrowia wzrosną o 8,82 proc. Jest to bezpośredni skutek powiązania płac medyków ze wskaźnikiem przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej. Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że pieniądze na ten cel są zabezpieczone, choć mowa o kwotach astronomicznych.
Sam wzrost wynagrodzeń wynikający wyłącznie z umów o pracę pochłonie w wariancie minimalnym 3,5 mld złotych. Warto jednak zaznaczyć, że kwota ta nie obejmuje kontraktów cywilnoprawnych, które stanowią fundament funkcjonowania wielu specjalistycznych oddziałów w polskich szpitalach.

Pracodawcy, reprezentowani m.in. przez Waldemara Malinowskiego z Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych, alarmują, że mechanizm finansowania tych podwyżek jest wadliwy. Ich zdaniem wzrost wycen świadczeń oferowany przez NFZ systematycznie nie nadąża za realnymi kosztami pracy. Szpitale, zwłaszcza te powiatowe, czują się zapędzone w kozi róg – z jednej strony muszą wypłacić ustawowe podwyżki, z drugiej borykają się z niedoszacowaniem procedur medycznych.
Środowisko dyrektorów placówek medycznych apeluje do Ministerstwa Finansów o uruchomienie bezpośredniej dotacji z budżetu państwa. Bez dodatkowego zastrzyku gotówki dostępność do świadczeń dla pacjentów może zostać drastycznie ograniczona, gdyż szpitale będą zmuszone wybierać między opłaceniem personelu a zakupem leków czy sprzętu.
Zobacz też: Alarm na rynku pracy w Wielkopolsce. Setki osób mogą stracić pracę w jednej fabryce
Pacjenci zapłacą za oszczędności w diagnostyce
Podczas gdy dyskusja o płacach rozpala emocje, w cieniu toczą się rozmowy o zmianach w rozliczeniach świadczeń nielimitowanych, które mogą uderzyć bezpośrednio w pacjentów czekających na badania.
NFZ przedstawił kontrowersyjny projekt zakładający, że po przekroczeniu wartości zapisanych w kontrakcie, fundusz będzie płacić jedynie 40 proc. stawki za badania diagnostyczne kosztochłonne, takie jak kolonoskopia, gastroskopia, rezonans magnetyczny czy tomografia komputerowa. To drastyczna zmiana zasad, która może zniechęcić placówki do wykonywania badań ponad limit, wydłużając kolejki do diagnostyki nowotworowej czy neurologicznej.
Przedstawiciele pracodawców ostrzegają, że NFZ planuje rozszerzyć te ograniczenia na całą ambulatoryjną opiekę specjalistyczną. Scenariusz, w którym poradnie przestają przyjmować pacjentów ze względu na niską opłacalność świadczeń ponadlimitowych, wydaje się coraz bardziej realny. Waldemar Malinowski z OZPSP ocenia, że skutkiem takiej polityki będzie masowe odsyłanie pacjentów do szpitalnych oddziałów ratunkowych, które i tak są już skrajnie przeciążone.
Zamiast leczyć się w poradni, chory będzie szukał pomocy tam, gdzie system jeszcze „musi” go przyjąć. Kolejne rozmowy trójstronnego zespołu zaplanowano na 21 kwietnia, jednak już dziś wiadomo, że tegoroczne lato w ochronie zdrowia będzie wyjątkowo gorące, a skutki podjętych (lub zaniechanych) decyzji odczujemy wszyscy w portfelach i na listach oczekujących do specjalistów.